Principal Dwie twarze Krystyny

Dwie twarze Krystyny

0 / 0
Quanto Você gostou deste livro?
Qual é a qualidade do ficheiro descarregado?
Descarregue o livro para avaliar a sua qualidade
De que qualidade são os ficheiros descarregados?

Ekspedientki, rude koty, dewizówki...

Punktem
wyjścia dla historii opowiedzianej w powieści „Dwie twarze Krystyny”
jest pozornie niewinny zakład majora Kaczanowskiego z kolegami po fachu,
zawarty przy restauracyjnym stoliku, podczas urlopu nad morzem.
Obiekt
zakładu – młoda, piękna kobieta, ginie następnie w niewyjaśnionych
okolicznościach. Wszystko wskazuje, że utopiła się w morzu podczas
sztormu, ale czy na pewno? Dzielny major również ma wątpliwości. Tym
bardziej, że obserwując ją w Międzyzdrojach zauważył, że doskonale
pływała. Jak to więc możliwe, że utonęła? Ten dylemat towarzyszy
majorowi przez kilkadziesiąt następnych stron powieści.




Ano:
1976
Editora:
Czytelnik
Idioma:
polish
ISBN:
45074
Arquivo:
EPUB, 182 KB
Descargar (epub, 182 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
Você pode deixar uma resenha sobre o livro e compartilhar sua experiência, outros leitores ficarão interessados em saber sua opinião sobre os livros que você leu. Independentemente de você gostar ou não, a contar honestamente e detalhado, ajuda as pessoas encontrar livros novos para si mesmas que as interessem.
1

Dzieje jednego pistoletu

Ano:
1976
Idioma:
polish
Arquivo:
EPUB, 729 KB
0 / 0
2

Walizka z milionami

Ano:
1975
Idioma:
polish
Arquivo:
EPUB, 236 KB
0 / 0
JERZY EDIGEY

DWIE TWARZE KRYSTYNY





Rozdział I

Zakład



Orkiestra zaczęła grać. Mały parkiet szybko zapełnił się parami, tak że o tańczeniu nie było nawet co marzyć. Tłumek usiłował do taktu muzyki przepychać się to w jedną, to w drugą stronę. Tylko od jednego stolika nikt się nie podniósł do tańca. Nic dziwnego, siedziało tu sześciu samotnych panów. A rwanie pań z innych stolików - wykluczone. Tancerki były obstawione własnymi towarzyszami. Samotni mężczyźni mieli więc dość markotne miny. Na pewno inaczej sobie wyobrażali tę wyprawę na dansing. Nie pozostawało im nic innego, jak przyglądać się tańczącym, i od czasu do czasu opróżniać kieliszki skwapliwie napełniane przez kelnera. Obsługa w tym lokalu, jak zresztą na ogół we wszystkich nadmorskich restauracjach, była dość podła. Jednakże kelner dwoił się i troił, pilnie bacząc na każde skinienie tych sześciu mężczyzn. Wiedział, że przyjechali do Międzyzdrojów z pobliskiego Międzywodzia, z domu wczasowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kto jak kto, ale kelner woli żyć w zgodzie z milicją.

Z całej szóstki najbardziej znudzoną minę miał major Janusz Kaczanowski. Uważał, że chyba jakiś diabeł go podkusił, aby przyjechać do Międzywodzia. Zamiast wypoczywać, spędzał swój urlop w gronie takich samych oficerów milicji i nolens volens rozmowa ciągle zahaczała o sprawy zawodowe. Ładny urlop! Toteż Janusz bez żalu myślał o ostatnich trzech dniach, po których skończy się ten turnus wczasowy. Pozostał mu jeszcze wolny tydzień. Pojedzie na Mazury, do znajomej leśniczówki, będzie chodził samotnie do lasu i całymi dniami leżał gdzieś pod starą sosną. No, może nie całkiem sam...

Na ogół pogoda w tym roku nad morzem dopisała. Było dużo słońca, a woda miała znośną temperaturę, bez szczękania zębami można było się w niej zanurzyć. Ale towarzystwo w domu wczasowym zawiodło. Przeważali mężczyźni, i to jak na złość właśnie prawie wszyscy z milicji. Żeby choć jakiś strażak! Panie, które tu się znalazły, były w wieku bardziej niż średnim, to znaczy od pięćdziesięciu wzwyż; , a te młodsze przyjechały z mężami - i też do babek nie przystąp. Kapitan Jagodowicz od dwóch dni agitował za zrobieniem wypadu do Międzyzdrojów, gdzie, jak opowiadał, ładne i samotne liczy się na kopy. Udało mu się. Zebrał pięciu towarzyszy i teraz cała szóstka nudziła się przy „męskim” stoliku, starając się utopić swój zawód w kieliszku jarzębiaku. Babki były, to prawda, wiele przystojnych, ale z własną obsługą.

- Coś ty, Janusz, taki markotny? - zagadnął major Kaliński. - Nawet nie pijesz.

Kaczanowski podniósł kieliszek i opróżnił go jednym haustem.

- Martwi się, że za trzy dni wyjeżdża - wyjaśnił kapitan Jagodowicz.

- Właśnie - odpowiedział Janusz. - Bardzo mnie to boli, że wy tutaj zostaniecie i będziecie tak szaleli codziennie jak dzisiaj.

- Nie przesadzaj w narzekaniu - porucznik Walicki pocieszał nie wiadomo czy towarzysza, czy samego siebie. - Tu jest bardzo przyjemnie. Lubię patrzeć na tańczących. Wódka względnie zimna a i zagrycha zupełnie niezła. Towarzystwo niczego sobie. Na przykład ta blondynka, która tańczy z tym łysoniem.

- Która? - zainteresowali się nagle panowie.

- Ta przy orkiestrze.

- Rzeczywiście niezła - odpowiedział Kaczanowski - Ale cóż z tego? Siedzi przy stoliku z trzema facetami. Szkoda startu.

- Ja mówię o wrażeniach estetycznych - roześmiał się porucznik - a ty byś od razu chciał rwać.

- Z Janusza pies na baby. Znam go - przytaknął Jagodowicz.

- Chyba znam tę blondynkę - włączył się pułkownik Adamik z Krakowa. - Przypominam sobie, że widziałem ją u „Noworola”.

- Wy, „krakaery”, jak zobaczycie ładną babkę, zaraz wam się zdaje, że to z Krakowa - major Kaczanowski zaoponował nie dlatego, aby mu na tym zależało, ale dla przerwania sennego nastroju.

- Na pewno z Krakowa.

- Na pewno z Warszawy. Widywałem ją w „Europie”.

- Zakład?

- Zakład!

- O co?

- O kolację.

- Ale dla nas wszystkich, jak tu siedzimy - zastrzegł się kapitan Jagodowicz.

- Naturalnie, że dla wszystkich - poparła go reszta biesiadników.

- Zgoda. Dla wszystkich - pułkownik Adamik był pewien wygranej.

- Niech będzie - Kaczanowskiego zaczynała bawić ta sprawa. Ostatecznie tej babki nigdy przedtem nie widział i nie miał pojęcia, czy ona jest naprawdę z Warszawy.

- Panowie, uspokójcie się - pułkownik Rościszewski jako najstarszy w tym gronie usiłował powstrzymać hazardzistów. - Taka kolacja na sześciu to co najmniej tysiąc złotych.

- Kaczanowski wyda przynajmniej półtora - roześmiał się Adamik. - Już ja się o to postaram. Długo popamięta Międzyzdroje.

- To nie ma najmniejszego sensu - oponował Rościszewski.

- Słowo się rzekło - Adamik był uparty.

- Słowo się rzekło - powtórzył Kaczanowski.

- To będzie pożegnalna kolacja Janusza - uśmiechnął się major Kaliński - ale proponuję bez wódki. I nie w Międzyzdrojach, w tej dziurze, lecz w miejscowej restauracji w Międzywodziu.

- Z tym zastrzeżeniem to zgoda - pułkownik Rościszewski poparł kompromisową propozycję.

- A zatem zakład stoi? - Adamik wyciągnął rękę do Kaczanowskiego.

Najbliżej siedzący porucznik Walicki dokonał tradycyjnego przecięcia dłoni na znak, że zakład został zawarty formalnie i przy świadkach.

Tymczasem orkiestra przerwała grę. Nie pomogły oklaski. Muzykanci złożyli instrumenty i szykowali się do wyjścia na zaplecze, gdzie na pewno czekała na nich kolacja. Chcąc nie chcąc, pary skierowały się do swoich stolików. Obok stolika sześciu panów, dyskutujących warunki dziwnego zakładu, przechodziła blondynka i jej towarzysz. Dziewczyna miała, tak na oko, około dwudziestu pięciu lat. Szła wyprostowana, z miną lekko znudzoną, udając, że nie dostrzega zachwyconych spojrzeń męskich. Za to kroczący z tyłu łysoń nie krył swojej dumy, że tańczył z tak pięknym kotem.

Dziewczyna była więcej niż ładna. Gdyby nie zbyt grube rysy twarzy, można by ją nazwać skończoną pięknością. Wysoka, chyba co najmniej metr sześćdziesiąt osiem centymetrów, nie za tęga i nie sama „skóra i gnaty”, o długich, szczupłych nogach, wcięta w pasie, o ładnym biuście. Ale najpiękniejsze były włosy. Tak ładnego koloru blondplatynowego nie spotyka się za często.

- Opamiętaj się, Janusz - roześmiał się major Kaliński. - Wyraźnie widzę tapczan w twoich oczach. Ale przyznaję, babeczka pierwszej klasy.

- Te włosy chyba - zrobione? - powątpiewał Jagodowicz.

- Na pewno prawdziwe - zaprzeczył Kaczanowski.

- Zbyt oryginalne, aby były prawdziwe - także pułkownik Adamik okazał się sceptykiem. - Teraz dobry fryzjer potrafi nawet miotłę ufarbować na żądany kolor. Gotów jestem ten warunek włączyć do zakładu.

- Przyjmuję.

- A więc - porucznik Walicki, uważający się za arbitra sportu, sprecyzował: - Janusz twierdzi, że babka jest z Warszawy i jest naturalną blondynką. Czy tak?

- Tak - przytaknął Kaczanowski.

- A pułkownik zakłada, że ta pani jest krakowianką i ma farbowane włosy. Prawda?

- Zgadza się.- Ale jak to sprawdzicie? - roześmiał się Jagodowicz. - Jeżeli nawet zapytacie ją o to, nie powie prawdy. Żadna kobieta nie przyzna się do farbowania włosów.

- Dlatego obydwaj panowie - Walicki w dalszym ciągu grał swoją rolę - muszą nam przedstawić niewątpliwy dowód.

- Dlaczego obydwaj? - zdziwił się Rościszewski. - Wystarczy jeden.

- Ale który?

- Niech losują - zaproponował Walicki. - Zgadzacie się?

- Niech będzie - odpowiedzieli obaj antagoniści. Walicki wyjął z pudełka dwie zapałki. Oberwał jednej główkę:

- Który wyciągnie zapałkę bez główki, prowadzi dochodzenie.

- Nigdy w życiu niczego nie wygrałem i teraz również nie mam szansy - roześmiał się major Kaczanowski i wyciągnął zapałkę. Nie omylił się. Drewienko nie miało siarki.

- W takim razie - porucznik nadal jako arbiter oświadczył: - Janusz musi nam w ciągu jutrzejszego dnia i najdalej do obiadu pojutrze dostarczyć przekonywających dowodów swojego twierdzenia.

- Dlaczego tak szybko? - żachnął się Kaczanowski.

- Ba za trzy dni wyjeżdżasz i kolacja pożegnalna musi się odbyć najpóźniej pojutrze.

- Zgadzam się - Januszowi było już wszystko jedno. Nie chodziło mu przecież o to, czy wygra, czy też przegra ten wariacki zakład, ale o wynalezienie jakiejś rozrywki na tych nudnych wczasach.

- A co będzie - zaniepokoił się pułkownik Rościszewski - jeżeli się okaże, że ta pani nie jest ani z Krakowa, ani z Warszawy? Kto wtedy wygra?

- To proste. O wygranej czy też przegranej zadecydują włosy. Jeżeli nie farbowane, wygra Janusz i pułkownik będzie fundatorem naszej biby.

- A jeżeli tak się zdarzy - Rościszewskiego cechowała zdolność przewidywania - że włosy są farbowane, ale babka jest warszawianką? Co wtedy?

- Wówczas zakład zakończy się remisem - stwierdził Walicki, - Obaj solidarnie i w równych częściach zapłacą naszą kolację.

- To wtedy zakład się unieważnia - zaprotestował Adamik - i każdy płaci za siebie.

- Już się Zygmunt wycofuje, ach ci krakowiacy, co za skąpy naród - roześmiał się Rościszewski.

- Niech będzie - Kaczanowski zgodził się z porucznikiem. - W razie remisu płacimy we dwóch z pułkownikiem, do spółki.

- Na pewno wygram - Adamik był zupełnie spokojny. - Głowę dałbym sobie uciąć, że babka pochodzi z Krakowa albo z naszego województwa, co na jedno wychodzi.

- O województwach nie było mowy - wszyscy panowie coraz lepiej bawili się tą sprawą. - Wyraźnie zaznaczono: Warszawa i Kraków.

- Jako arbiter uważam, że użyto tych pojęć w sensie szerszym. Jeżeli ta pani mieszka na przykład w Wieliczce lub w Wołominie, to będziemy uważali, że jest albo krakowianką, albo warszawianką. Więcej spornych kwestii nie ma?

- A jeżeli dochodzenie prowadzone przez Janusza zakończy się fiaskiem i Kaczanowski nie dostarczy namżadnych danych dotyczących tej kobiety, co wtedy? - pułkownik Rościszewski nie darmo z wykształcenia był prawnikiem.

- Wtedy Janusz płaci - stwierdził Adamik.

,- W ten sposób ty masz więcej szans na wygranie - Rościszewski podniósł nową kwestię.

- Gdybym ja wyciągnął pustą zapałkę, to Janusz miałby tę dodatkową szansę. Jego w tym głowa, żeby zdobył przekonywające dowody. Co to zresztą znaczy dla takiego asa? Na jego miejscu nie dopuściłbym do losowania, lecz zgłosił się na ochotnika.

- Nic straconego. Może pułkownik to zrobić nawet teraz.

- Nie mogę majorowi odbierać tej przyjemności.

- - Jeszcze jedno - Rościszewski wyrwał się z nową sprawą. - Całe to „dochodzenie” musi być zgodne „z praworządnością”.

- Naturalnie - roześmiał się Jagodowicz. - Januszowi nie wolno znęcać się nad piękną blondynką, wyrywać jej włosów czy też stosować trzeciego stopnia przesłuchania.

- Nie o to mi chodzi - tłumaczył się pułkownik. - Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że człowiek mający w kieszeni legitymację oficera milicji korzysta z ogromnych uprawnień, a przecież ma działać prywatnie. To nie prawdziwe dochodzenie milicyjne, a niewinna zabawa nudzących się starszych panów. Dlatego nie wolno wyzyskiwać tego atutu.

- Poza pułkownikiem nikt tu się nie uważa za starszego pana - zaprotestował Adamik. - Natomiast co do legitymacji MO, zgadzam się z przedmówcą.

- Ja też - potwierdził Kaczanowski.

- A zatem, żeby było sprawiedliwie, obydwaj panowie - zarządził Walicki - jutro rano zdeponują u mnie swoje dowody.

- A ja po co? - zdziwił się Adamik.

- Tak zadecydowałem - porucznik Walicki najwidoczniej nie chciał sobie odmówić małej satysfakcji, że rozkazuje majorowi i pułkownikowi.

- Zgoda - Kaczanowski wyciągnął do Walickiego rękę z legitymacją leżącą na dłoni.

Adamikowi nie wypadało nie pójść tym śladem.

- Mogę działać już od tej chwili? - zapytał major.

- Oczywiście - zgodzili się wszyscy pozostali.

- Więc idę i spróbuję zaprosić tę panią do tańca. Właśnie orkiestra zabiera się do roboty - Kaczanowski podniósł się z krzesła i zaczął przedzierać się pomiędzy stolikami w kierunku pięknej pani.

Nim jednak dotarł do celu, muzykanci huknęli krótką przygrywkę i podjęli jakąś skoczną melodię. Sąsiad przystojnej blondynki zgiął się przed nią w ukłonie. Pani uśmiechnęła się i oboje powędrowali na parkiet. Major jak niepyszny zawrócił z drogi. Przy stoliku powitał go śmiech współbiesiadników.

- Na razie jeden zero dla mnie - tryumfował pułkownik Adamik. - Ale będę używał pojutrze! Wybieramy z karty najdroższe dania.

- Na twój koszt - Janusz robił dobrą minę do złej gry. - Do pojutrza jeszcze daleko. Ten się śmieje dobrze, kto się śmieje ostatni.

- Panowie - Rościszewski spojrzał na zegarek - trzeba się stąd zbierać, bo nam ucieknie ostatni autobus do Międzywodzia. A w warunkach zakładu nie było mowy o tym, kto płaci za taksówkę.

- Jak to kto? - zdziwił się Kaczanowski. - Wiadomo, arbiter.

- Ja? A to dlaczego? - porucznik zrobił przerażoną minę.

- Kelner, rachunek proszę - pułkownik machnął ręką w stronę faceta w białym kitlu. Bez większego skutku. To dziwne, jak kelnerzy umieją patrzeć nic nie widząc. Wreszcie jednak gastronomiczny dygnitarz podszedł i zaczął wypisywać rachunek. Rościszewski zapłacił, a koledzy chcieli się z nim rozliczyć.

- To później. W Międzywodziu, bo inaczej pójdziemy pieszo.

- Noc jest ciepła i widna.

- Dziękuję. Maszerować przeszło piętnaście kilometrów? To już nie na moje nogi.

- Pułkownik tak się reklamuje ze swoim starszym wiekiem, że ktoś gotów w to uwierzyć. A komu najbardziej świeciły się oczy do tej platynowej blondynki?

- Chodźcie, chodźcie - poganiał Rościszewski kierując się ku wyjściu.

Reszta poszła za jego przykładem.

Mieli szczęście. Autobus ruszył, kiedy dobiegli do przystanku. Wskakiwali w biegu.



Rozdział II

Fatalna fotografia



Na drugi dzień major Janusz Kaczanowski zaraz po śniadaniu pojechał do Międzyzdrojów. Wprawdzie nie przywiązywał wagi, do pieniędzy i nie bał się wydatków, jakie pociągało przegranie zakładu, ale sprawę potraktował ambicjonalnie. Trzeba walczyć i wygrać. Zadanie nie było bynajmniej proste. Na wszelki wypadek oficer milicji zaopatrzył się zarówno w lornetkę, jak i aparat fotograficzny. Prócz tego zabrał ze sobą kostium kąpielowy i ręcznik, bo dzień zapowiadał się upalnie.

Plaża w Międzyzdrojach jest rozległa i znalezienie na niej kogoś znajomego nie jest łatwe, ale w tym dniu szczęście wiernie towarzyszyło Januszowi, poczynając od samego ranka. W razie deszczu lub chłodu byłoby znacznie trudniej sięgać po sukcesy. Na razie plaża była prawie pusta. Spacerując pod pięknymi lipami, major obserwował wczasowiczów kierujących się nad Bałtyk. Długo czekał, aż wreszcie dostrzegł piękną blondynkę. Miała na sobie barwny, kwiecisty strój, a na głowie ogromny kapelusz. W ręku niosła torbę plażową. Szła sama. Jednakże Kaczanowski nie ryzykował próby zawarcia znajomości. Gdyby się nie udała, byłby od razu spalony, bez żadnych szans do dalszego działania.

Nie tracąc przedmiotu z oczu, podążał za blondynką w dość znacznej odległości. Młoda kobieta weszła na plażę i bez wahania skierowała się do grajdołka wielkiego jak okop z czasów drugiej wojny światowej. Tam ją już z daleka dostrzeżono. Łysy pan, który wczoraj tak szalał na dansingu, aż wybiegł na jej spotkanie.

- Pani Krysieńko! - wołał - Prosimy do nas.

Krystyna kiwnęła ręką na znak pozdrowienia i za chwilę witała się z całą grupą okupujących grajdołek. Towarzystwo składało się z czterech mężczyzn i dwóch kobiet. Także przystojnych, ale żadna nie dorównywała urodą platynowej piękności. Toteż chyba niezbyt chętnie przyjęły przybyłą, która specjalnie nie zwracała na to uwagi.

Ale te małe manewry nie uszły uwadze oficera milicji. Zanotował sobie pierwszy punkt: blondynka ma na imię Krystyna. Taka informacja mogła ułatwić dalsze kroki „dochodzenia”.

Teraz Kaczanowski ulokował się możliwie najbliżej grajdołka i wcale się tego nie wstydząc usiłował podsłuchać, o czym całe towarzystwo rozmawiało. Cóż, cel bardzo często uświęca środki.

Ale tym razem nie przydało się to na nic. Rozmawiano o pogodzie, później zajęto się najmilszą zabawą, jaką jest obgadywanie nieobecnych, w końcu dyskusja zeszła na temat ostatniej mody. Pani Krystyna raczej nie brała udziału w rozmowie. Troskliwie wysmarowała się kremem i, jakby to było możliwe, starała się jeszcze mocniej opalić.

Janusz wyciągnął aparat i pod pozorem fotografowania morza zrobił kilka zdjęć całego towarzystwa. Widząc zaś i słysząc, że wybiera się ona do kąpieli, podszedł aż do brzegu wody i udało mu się złapać moment, kiedy Krytyna biegła na spotkanie fali. Piękne włosy upozowały się jak ogon komety. Kaczanowski znał się na sztuce fotografowania i uważał, że to ostatnie ujęcie udało mu się jak rzadko które.

Około godziny pierwszej po południu towarzystwo z grajdołka zaczęło się zbierać do odejścia. W domach, FWP, bez względu na pogodę, obiady wydaje się od pierwszej do drugiej. Kto chce dłużej się opalać, niech chodzi głodny. Major także się ubrał i znowu podążył - za całą grupką. Szli w jednym kierunku i wszyscy zniknęli w domu wczasowym o nazwie „Złocień”.

Także i major uznał, że spokojnie może udać się na posiłek. Ponieważ dostanie miejsca w jakiejkolwiek jadłodajni czy restauracji o tej porze było marzeniem ściętej głowy, oficer MO musiał się zadowolić smażalnią ryb. Pocieszał się, że przymusowy post odbije sobie w czasie proszonej kolacji na koszt pułkownika Zygmunta Adamika.

Z takim obiadem Januszowi poszło szybko. Wrócił pod „Złocień” i zajął strategiczny punkt, skąd mógł obserwować wchodzących i wychodzących z willi. Teraz przyszło mu czekać bardzo długo, bo aż do wpół do piątej po południu. Wreszcie piękna blondynka, ciągle w towarzystwie łysego dżentelmena, opuściła progi domu wczasowego.

Ta para, stwierdził Kaczanowski, poszła do kawiarni. Wiadomo, że spędzą tam przynajmniej godzinę, jeżeli nie dłużej. Można więc spokojnie działać. W kwiaciarni oficer milicji kupił trzy goździki i pomaszerował z nimi z powrotem do „Złocienia”. Śmiało wszedł do środka. W portierce siedziała pokojówka.

- Pan do kogo? - zapytała mężczyznę z kwiatami.

- Do pani Krystyny.

- Której? - uśmiechnęła się dziewczyna. - U nas jest kilka Krystyn. Ja sama także nazywam się Krystyna.

- Ba! - szczerze przyznał Kaczanowski. - Poznałem - ją wczoraj na dansingu, ale nazwiska nie dosłyszałem.

Wiem tylko, że mieszka w „Złocieniu”. Bardzo przystojna blondynka. Ma długie, platynowe włosy...

- To na pewno pani dyrektorowa Niemirowska. Nie ma pan szczęścia. Przed pół godziną wyszła. Jeśli pan chce, zaniosę kwiaty do jej pokoju. Może pan też napisać kartkę, żeby wiedziała od kogo. Ta pani dostaje dużo kwiatów. Nie od jednego. Nazywają ją „miss Międzyzdroje”.

Major zdecydował się.

- Dziękuję - powiedział. - Mam swój honor. Jak się babka umówiła ze mną o piątej, a pół godziny przedtem wyszła z innym, to pal ją sześć. Kupiłem kwiaty dla Krystyny, więc je oddam Krystynie. Pani będzie uprzejma... - to mówiąc Janusz z pięknym ukłonem wręczył kwiaty pokojówce.

- Naprawdę dla mnie? - ucieszyła się dziewczyna.

- Takie jest przeznaczenie - Kaczanowski postanowił przedłużać rozmowę, a tymczasem ciekawie rozglądał się po dyżurce.

Nad telefonem wisiała duża czarna tablica z numerami pokojów pensjonatu. Pod numerami przypięto kartki z imionami, nazwiskami i adresami użytkowników pokoi. Wzrokiem szukał tej z nazwiskiem „Niemirowska”.

- Bardzo panu dziękuję. Jakie piękne goździki!

- Cieszę się, że się pani podobają.

- Ale pan nie miał szczęścia:

- Przeciwnie, poznałem panią. Musi pani tu siedzieć: Dziewczyna zrobiła smutną minkę.

- Niestety, mam dzisiaj dyżur do dziesiątej. Muszę tu kamieniem siedzieć. W czasie ubiegłego turnusu koleżanka wyszła na godzinę z dyżurki, bo ją odwołali do pomocy w kuchni, i jeden pokój został okradziony. Strach, co się wtedy działo, była milicja, ale niczego nie odnalazła.

- Szkoda - Janusz powiedział to zupełnie szczerze, podwójnie zawiedziony, że milicja nie odnalazła złodzieja i że dziewczyna jest zajęta. Była niebrzydka.

- Szkoda - powtórzyła pokojówka. Jej także podobał się ten wysoki, zgrabny mężczyzna o ciemnej, opalonej, nieco pociągłej twarzy i lekko sfalowanych ciemnych włosach, przyprószonych na skroniach siwizną. A przede wszystkim te oczy. Tak bardzo niebieskie i takie młode.

- A może jutro lub pojutrze?

- Nie da rady. Pan wie, jak to jest w Międzyzdrojach w sezonie. Nie ma ludzi. U nas powinny być cztery pokojówki, a jest nas tylko dwie i jedna dochodząca na pół etatu. Wieczorem na nos upadamy ze zmęczenia. Wolnego już nie miałam od dziesięciu dni. Co z tego, że się jest nad morzem, kiedy ani razu nie byłam na plaży. Gdybym wiedziała, nigdy bym się nie zgodziła do tej pracy.

- Pani nie stąd?

- Nie. Jestem ze Szczecina. Tutaj przyjechałam na sezon. Myślałam, że dobrze zarobię i będę nad morzem. No i jestem - dziewczyna mówiła to z nutą goryczy.

- Zarobek chyba niezły?

- Nie taki znowu wielki. Pensja malutka, bo „goście dadzą”. A z tym różnie bywa. Na poprzednim turnusie, jak zrobili zbiórkę na służbę, po pięć złotych od osoby, to połowa nic nie dała. Zdarza się, że są i lepsi goście, czasem proszą, żeby coś przeprać, zwłaszcza panowie, ale panie rzadko dają zarobić.

- Dyrektorowa Niemirowska taka sama?

- Żeby pan wiedział! Pokazywała mi śliczne rajstopy. Zagraniczne. Kiedy prosiłam, żeby mi odstąpiła, to zaśpiewała cenę większą niż w komisie w Szczecinie. A sama się chwaliła, że przywiózł jej mąż z Wiednia, kiedy tam był w podróży służbowej.

- Ja także często jeżdżę służbowo. Bywam i w Szczecinie.

- Ooo! - w tonie dziewczyny wyraźnie brzmiała zachęta..

- Właśnie pod koniec września albo z początkiem października wybieram się na co najmniej tydzień do Szczecina - słowa oficera milicji były półprawdą, bo rzeczywiście Stołeczna Komenda MO prowadziła skomplikowaną sprawę zabójstwa jednego ze znanych waluciarzy. Nici tej zbrodni sięgały nad morze i Kaczanowskiego jeszcze przed urlopem naciskał jego zwierzchnik, pułkownik Adam Niemiroch, żeby nad Odrą próbować wraz z milicją szczecińską wyjaśnienia tej sprawy. Ale wtedy majorowi udało się uniknąć tego wyjazdu, który obecnie zapowiadał się dużo bardziej obiecująco.

Dziewczyna milczała.

- Gdybym wiedział, gdzie pani szukać...

- Pracuję w „Samie” spożywczym przy ulicy Bolesława Krzywoustego. Ale do miasta wracam dopiero w październiku. „Złocień” jest czynny do końca września.

- Tak się urządzę, aby przyjechać do Szczecina w październiku. Dobrze?

- Jak pan chce - perspektywa spotkania się z przystojnym mężczyzną nie była niemiłą pannie Krysi. - A gdzie pan pracuje?

- W Ministerstwie Żeglugi - major skłamał bez mrugnięcia okiem i zmienił temat. - Jaką pani ma śliczną i oryginalną fryzurę. Świetnie pani w niej.

Pokojówka naprawdę wyglądała tak, jak gdyby przed chwilą zeszła z fotela fryzjerskiego.

- Rano, kiedy wczasowicze byli na plaży, wyskoczyłam do pana Józefa. To bardzo dobry fryzjer. Także ze Szczecina. W zimie tu same puchy. Wszystko zamknięte, a fryzjerzy i fotografowie przenoszą się do miasta.

- Teraz rozumiem, dlaczego pani Niemirowska ma tak ładnie zrobione włosy na blondynkę.

- A jednak pani Krystyna dobrze musiała zakręcić panu w głowie - roześmiała się dziewczyna.

- Iii, nie powiem, przystojna babeczka. Trochę z nią tańczyliśmy wczoraj na dansingu. Umówiła się ze mną, że wstąpię do „Złocienia”. A że nie czekała, tylko na tym zyskałem - Janusz tak - spojrzał na dziewczynę, że pokojówka się zarumieniła. - Ale włosy to ona ma ładnie ufarbowane. Rzadko spotykany kolor.

- To nie farbowane, naturalne.

- Żartuje pani? Naturalne nie mogą być takiego koloru.

- A właśnie, że naturalne. Pokojówka dużo wie o swoich gościach. Widuje się ich w różnych sytuacjach. Przed naszym wzrokiem nic się nie ukryje.

- Niemożliwe? Taki kolor?

- A właśnie. Pani Niemirowska jest już u nas prawie dwa tygodnie. Gdyby farbowała włosy, u nasady, po odrośnięciu, miałaby inny kolor. Tego się nie da ukryć. Ja też początkowo myślałam, że ona je maluje. Nawet fryzjer, pan Józef, u którego czeszą się panie z naszego pensjonatu, przyznał, że pierwszy raz widzi taką oryginalną barwę.

Podczas tej rozmowy major stale zerkał na tablicę z nazwiskami. Odszukał tam już słowa skreślone flamastrem „Krystyna Niemirowska”, ale adresu nie udało mu się odczytać. Po prostu wypisany był zbyt drobnymi literkami, aby można go było z daleka rozszyfrować. Oficer wyjął z kieszeni notes i długopis.

- Pozwoli pani, Krysiu, że zapiszę sobie pani adres - Kaczanowski podszedł do wiszącej na ścianie tablicy i oparł o nią swój notatnik. Teraz już bez trudu przeczytał: „Krystyna Niemirowska, Warszawa, ul. Drzewieckiego 87”. - To jest „Sam” przy ulicy Bolesława Chrobrego, ale który numer?

- Nie Chrobrego, tylko Krzywoustego - poprawiła dziewczyna - Krzywoustego siedemnaście. Zresztą jedyny spożywczy „Sam” przy tej ulicy.

- Na pewno znajdę i zobaczymy się w Szczecinie - major wyciągnął rękę do dziewczyny. - Nazywam się Janusz Kaczanowski.

- Krystyna Cegiełek.

- A więc, panno Krysiu, do widzenia w Szczecinie.

- Jeżeli pan nie zapomni. A te kwiaty zaniosę do pokoju pani Niemirowskiej.

- Pięknie panią proszę, niech pani tego nie robi. I tak przecież dostały się w ręce Krystyny. Takiej miłej i ładnej. Po co tamta ma wiedzieć, że udało się jej wystawić mnie na durnia. Dobrze?

- Jeśli panu na tym zależy...

- Bardzo - Janusz pocałował dziewczynę w rękę i opuścił „Złocień”.

Postanowił, że w Szczecinie odszuka tego miłego i zgrabnego kociaka. To może być interesująca znajomość.

Potem major odnalazł zakład fryzjerski „Józef” i zanotował sobie jego adres. Wprawdzie zakład stanął między dżentelmenami, ale z przyzwyczajenia zawodowego Kaczanowski gromadził żelazne dowody swojej wygranej. Uznał, że „śledztwo” zakończyło się jego pełnym sukcesem i że może spokojnie wracać do Międzywodzia. Właśnie autobus stał już na przystanku.

Na miejscu, w Międzywodziu, Janusz wstąpił do znajomego fotografa, u którego parę razy wywoływał filmy. Umówił się z nim, że nazajutrz przed południem dostanie swoje odbitki, a zdjęcie dziewczyny biegnącej do wody zrobione będzie w powiększonym formacie. Bez retuszu, na błyszczącym papierze.

Wieczorem wszyscy usiłowali się dowiedzieć rezultatu porannych poszukiwań w Międzyzdrojach. Major zrobił niezdecydowaną minę i odpowiedział, że ma czas. Na prowadzenie „dochodzenia” pozostał mu przecież jeszcze następny dzień.

Pułkownik Adamik półsłówka Kaczanowskiego wytłumaczył najkorzystniej dla siebie. Przeciwnikowi nie udało się i dlatego jest taki markotny. Krakowianin tryumfował i dokoła opowiadał, że na czym jak na czym, ale na swojej pamięci może polegać. Doskonale przypomina sobie, że przystojną blondynkę nieraz widywał w podwawelskim grodzie. Najczęściej w kawiarni Noworolskiego, a także i w „Cracovii”. Proponował też współuczestnikom zabawy, aby z góry ustalić i zamówić w restauracji odpowiednie menu na zakładową kolację.

Następnego dnia ku - zdziwieniu współpensjonariuszy Janusz Kaczanowski nie wyjechał do Międzyzdrojów, alez całym wczasowym towarzystwem powędrował na plażę. Opalał się, kąpał w nie za ciepłym morzu i na pytania o zakładzie mówił:

- Próbowałem wczoraj. Trudno, głową muru się nie przebije.

Zygmunt Adamik był w coraz lepszym humorze, tylko pułkownik Rościszewski nie dał się zwieść.

- Ty, Januszku, coś ukrywasz. Przyznaj się...

- Wszystko rozstrzygnie się jutro przy obiedzie - tajemniczo odpowiedział Kaczanowski i poszedł grać w siatkówkę.

„Wracając do pensjonatu na obiad, major wstąpił do fotografa. Odbitki były gotowe. Podając je, fachowiec pochwalił:

- To zdjęcie dziewczyny biegnącej do morza wyjątkowo się majorowi udało. Można śmiało posłać na konkurs „Najlepsze zdjęcie z wakacji”.

Rzeczywiście, na fotografii widać było piękną dziewczynę, jak uśmiechnięta, z rozwianymi jasnymi włosami, wbiega do wody. Fala rozbija się o brzeg plaży, obryzgując biegnącą od stóp do głowy.

- To znajoma? - dopytywał fotograf.

- Nie. Jeszcze nie.

- Rozumiem.

Na drugi dzień po obiedzie porucznik Walicki zebrawszy świadków zakładu zapytał oficjalnym tonem:

- Co major Kaczanowski ma nam do zakomunikowania?

Janusz nie śpiesząc się, sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej dużą, szarą kopertę i zaczął ją otwierać. Pięć par oczu spoczęło na tym papierze. Wreszcie wydostał z koperty zdjęcie formatu 13X18 i podał arbitrowi zakładu. Na zdjęciu roześmiana blondynka wbiegała do wody. Na odwrocie napisano „Krystyna Niemirowska, adres: Warszawa, ulica Drzewieckiego 87. Włosy naturalne. Świadkowie: Krystyna Cegiełek, pokojówka w pensjonacie »Złocień« oraz właściciel zakładu fryzjerskiego w Międzyzdrojach, ul. Lipowa 36, Józef Mańkowski”.

Fotografia przechodziła z rąk do rąk. Gdyby w tej chwili ktoś zrobił zdjęcie twarzy pułkownika Adamika, także miałby szansę na zajęcie dobrego miejsca w konkursie na fotkę z wakacji. Niestety, fotografa przy tym nie było.

- Piękna fotka - zauważył pułkownik Rościszewski. - Winszuję ci, Januszku.

- Babeczka ładniejsza - stwierdził major Jagodowicz. - Wygląda jak żywa. Nie wiedziałem, że mamy między sobą takiego mistrza.

- A więc? - Kaczanowski zapytał porucznika.

- Stwierdzam - zadecydował arbiter - że zakład wygrał major Kaczanowski. Brawa dla zwycięzcy.

Zaczęto klaskać. Nawet pułkownik Adamik. Cóż miał robić, biedak?

- Jak to dobrze, Zygmusiu - zauważył Rościszewski - że z góry ustaliłeś menu dzisiejszej kolacji. W zupełności polegam na twoim guście.

- Jak też i na twojej kieszeni - dorzucił major Jagodowicz.

- Panowie - Adamik chciał pokazać, że umie przegrywać - wszystko będzie OK. Mucha nie siada, możecie być spokojni. Czekam na moich miłych gości w restauracji punktualnie o siódmej.

- Pozwoli pułkownik - Kaczanowskiemu zrobiło się trochę żal przeciwnika - że załatwimy tę sprawę wspólnie.

- Co to, to nie! - zaprotestował Adamik.

- Powiedz, Januszku - zapytał Rościszewski - jak tego dokonałeś?

- Och - major machnął ręką - nie zabrało mi więcej niż dwie godziny.

- Ale jak?

- Mój czar osobisty, panowie, ot i wszystko. - Skromny to ty nie jesteś.

- Doceniam tylko własne możliwości.

- Trzeba ci jednak przyznać, że zdjęcie udało się nad podziw.

- A jednak nie nowinieneś go robić - zauważył Jagodowicz.

- Dlaczego?

- Nie wolno fotografować lotnika udającego się w drogę i marynarza wsiadającego na statek. A także pływaka wchodzącego do wody. To przynosi nieszczęście.

- Głupi przesąd - zaoponował Adamik.

- A przecież istnieją tysiące przykładów potwierdzających, że w tym coś jest: Choćby ta sławna fotografia księcia Kentu zrobiona na minutę przed startem.

- To było na wojnie. Wtedy każdy startujący samolot był narażony na to, że nigdy nie wróci na lotnisko.

- Ale tej angielskiej maszyny nie zestrzelili Niemcy, lecz w parę minut po oderwaniu się od płyty lotniska rozbiła się o górę. Tak jakby samolot był pilotowany nie przez jednego z asów lotnictwa brytyjskiego, ale jakiegoś nowicjusza, który wyruszył do pierwszego samodzielnego lotu.

- Czyżbyś, Leonku, naprawdę był taki przesądny? - uśmiechnął się Rościszewski.

- Nie jestem przesądny, ale w tej legendzie jest jakaś odrobina prawdy. Żeby Janusz nigdy nie żałował, że zrobił to zdjęcie.

- Tym razem - bronił się Kaczanowski - jestem zupełnie spokojny. Bohaterka mojego zdjęcia pływa jak młoda foka. Zresztą widziałem, jak wróciła z kąpieli. Możecie mi wierzyć, żaden z nas nie dałby jej w wodzie rady. Ta dziewczyna chyba trenowała pływanie.

- Przypomnicie sobie, że ja ostrzegałem - upierał się Jagodowicz.

- Nie kracz, nie kracz.

Wieczór w przyjacielskim gronie upłynął bardzo przyjemnie. Wbrew zastrzeżeniom pułkownika Rościszewskiego, nie obyło się naturalnie i bez butelczyny. Zaś Adamik szybko pogodził się ze swoją klęską i bawił się równie dobrze jak jego goście. Wbrew potwarzom o skąpstwie, krakowianin nie mrugnął nawet okiem płacąc dość słony rachunek. Nie chciał nawet słuchać Kaczanowskiego, który znowu proponował podzielenie sumy na dwie części. Także interwencja pozostałych uczestników biesiady, żeby chociaż wyodrębnić i solidarnie zapłacić za alkohole, pozostały bez skutku.

Mają swój honor krakowianie!

Ten miły koleżeński wieczór był jednocześnie ostatnim, jaki major Kaczanowski spędził w Międzywodziu. Nazajutrz rano wyjechał stamtąd pierwszym autobusem. A po spędzeniu przeszło osiemnastu godzin w podróży i rozlicznych przesiadkach wreszcie wylądował w swojej wymarzonej leśniczówce na Mazurach, niedaleko Olecka. I jak to zwykle bywa z wymarzonymi przez nas ideałami, po kilku dniach ciszy i samotności zaczął tęsknić za ruchem i gwarem nadmorskich uzdrowisk, a w końcu za swoim gabinetem pracy w Pałacu Mostowskich. Tym bardziej że tak dotychczas sprzyjająca pogoda nagle się zmieniła. Było zimno i prawie codziennie padał deszcz. Nawet zbieranie grzybów w mokrym lesie przestało być przyjemnością. A cóż dopiero leżenie pod sosną. I to samemu.

Oficer milicji powitał bez żalu koniec urlopu i z taką samą radością, z jaką wyjeżdżał z Warszawy, teraz do niej wracał. Z Olecka dostał się pociągiem do Ełku, gdzie musiał przeszło dwie godziny czekać na pośpieszny autobus do Warszawy. Trochę spacerował po tym ładnym mieście, nad jeziorem w barze „Pod topielcem” wypił kufel piwa i zjadł flaczki, a do kawiarni w domu kultury wstąpił na kawę. Po drodze kupił „Gazetę Białostocką”. Teraz siedząc przy stoliku przeglądał dziennik. Aż zbladł, gdy na drugiej stronie gazety znalazł krótką notatkę:



Ofiara własnej lekkomyślności - Pomimo ostrzeżeń, stałych dyżurów Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego morze wciąż porywa nowe ofiary. W dniu wczorajszym w Międzyzdrojach znowu zanotowano tragiczny wypadek. Kąpiąc się na dzikiej plaży w czasie sztormowej pogody utonęła Krystyna Niemirowska, mieszkanka Warszawy. Mimo długotrwałych poszukiwań dotychczas nie udało się odnaleźć zwłok ofiary własnej lekkomyślności.



Kaczanowski sięgnął do kieszeni. Wydobył z niej fotografię. Wesoła, śmiejąca się dziewczyna, w burzy jasnych włosów, wbiega do wody. To było tak niedawno. Zaledwie przed dziewięcioma dniami. A dziś ta kobieta już nie żyje.

Majorowi przypomniał się głos Jagodowicza i jego słowa: „To przynosi nieszczęście... Żeby Janusz nigdy nie żałował, że zrobił to zdjęcie”.

Przecież to głupota - tłumaczył sobie Janusz. - Ten tragiczny wypadek nie może mieć nic wspólnego z fotką, która tu leży na stoliku. Major Jagodowicz po prostu sobie żartował albo plótł, co mu ślina na język przyniesie. Na pewno ten doświadczony i już nie za młody oficer milicji nie wierzy w przesądy czy gusła. Dlaczego on, Kaczanowski, ma przywiązywać do nich wagę?

A jednak aromatyczna kawa nagle straciła smak, zaś sierpniowe słońce, które przed chwilą świeciło, teraz jak gdyby zbladło.



Rozdział III

Pozdrowienia z Sokołowa Podlaskiego



Pierwszy dzień pracy upłynął majorowi Januszowi Kaczanowskiemu tak, jak to zawsze bywa. Trzeba przywitać kolegów, dowiedzieć się, co tymczasem działo się w Komendzie Stołecznej, wysłuchać różnych plotek i zapoznać się z bieżącymi sprawami.

Naczelnik wydziału zajmującego się dochodzeniem w sprawach najcięższych zbrodni, popularnie zwanego „wydziałem zabójstw”, pułkownik Adam Niemiroch od rana uczestniczył w jakiejś konferencji w Komendzie Głównej MO, więc gdyby major nawet specjalnie „palił się do roboty”, po prostu nie wiedziałby, do czego się wziąć. Kaczanowski nigdy nie uchylał się od najtrudniejszej roboty. Tym razem jednak był zadowolony z przymusowego próżnowania. Nie ukrywał przed sobą, że tragiczna śmierć Krystyny Niemirowskiej w falach Bałtyku dziwnie go rozkleiła. Klął w żywy kamień majora Jagodowicza za jego głupią uwagę, ale to go wzięło. Czuł się tak, jak gdyby naprawdę był współwinnym tego zdarzenia.

Dopiero około trzeciej po południu pułkownik Niemiroch wrócił z Ksawerowa i major mógł się dostać do gabinetu zwierzchnika, który zresztą, choć starszy, był od wielu lat najbliższym chyba przyjacielem Janusza.

- Melduję swój powrót z urlopu - w stosunkach służbowych major zawsze używał oficjalnych form.

- Jak się masz, Januszku, siadaj - pułkownik był w wyjątkowo dobrym humorze. - Zaraz Krysia zrobi nam kawy. Znajdzie się też może jakaś odrobina winiaczku w butelczynie. Trzeba przecież uczcić twój powrót. No, opowiadaj, jak tam było? Zeszczuplałeś chyba? A opaliłeś się na Murzyna. Miałeś szczęście z urlopem w taką pogodę. A ja w maju miałem tylko deszcz i zimno.

- Znowu Krystyna - mimo woli wyrwało się Kaczanowskiemu.

- Masz uraz na tym tle? Czyżby jakaś babka wystawiła cię do wiatru? Oj Janusz, Janusz, ciebie prędzej czy później zgubią te baby. Pamiętaj.

Niemiroch uważnie przyjrzał się przyjacielowi i dodał:

- Znam cię i widzę, że to coś poważnego.

- Ależ nie. Jestem nieco zmęczony.

- Zmęczony po urlopie? Dobre sobie! Nie bujaj. Wyglądasz niczego, ale oczy, tak jakbyś dzisiejszej nocy nie spał. Albo... Ale co ja się będę bawił w zgadywanki! No, wykładaj kawę na ławę. Mnie, starego, nie zwiedziesz.

- Kiedy naprawdę nic.

- Jakaś dziewczyna? - pułkownik nie ustępował. - Tak ci weszła w krew?

- Nie warto, o tym mówić.

- Co to za Krystyna? - nalegał Niemiroch, a tymczasem sekretarka pułkownika, panna Krysia właśnie, przyniosła dwie filiżanki kawy.

- Skąd wiesz, że Krystyna? - zdziwił się major.

- Ty nie klucz, a mów. - Kiedy mi głupio.- A mówiłem ci, że znajdzie się wreszcie ktoś, kto i ciebie przerobi. Nie wierzyłeś, a teraz ponosisz tego skutki. Dobrze ci tak. Najwyższy czas, żebyś się już ustatkował. Jest tyle ładnych, przyjemnych dziewczyn, choćby ta nasza Krysia. Nieraz widziałem, jak na ciebie ciekawie zerka. Ale ty zawsze włazisz, gdzie cię nie proszą, albo jak ten motylek z kwiatka na kwiatek. Ładny motylek z siwiejącymi skroniami i czterema krzyżykami na karku.

Kaczanowski słuchając tej perory przyjaciela wybuchnął śmiechem.

- Tym razem, drogi Adasiu, fatalnie spudłowałeś. Masz rację, mam pewnego zgryza, i to z Krystyną, alć martwą.

- Martwą? Nic nie rozumiem. Zabiłeś kogoś?

- Ja?

- Nie ty? - zdziwił się kpiąco pułkownik.

W końcu major Kaczanowski opowiedział pułkownikowi o zakładzie, jaki zawarł na dansingu w Międzyzdrojach, fotografii na plaży, uwadze majora Jagodowicza i o tragicznym wypadku bohaterki zdjęcia.

Niemiroch nie śmiał się z przyjaciela. Uważnie wysłuchał historii i stwierdził:

- Wprawdzie to zwykły przypadek, bo Jagodowicz strzelał na ślepo, ale trafił w dziesiątkę. Wyjątkowy zbieg okoliczności. Rozumiem, że cię to tak wzięło. Na twoim miejscu odczułbym to podobnie.

- Tłumaczyłem sam sobie, że jestem durniem. Nic nie pomaga. Gdybym nie widział, jak ta dziewczyna świetnie pływa, sądzę, że to by mnie tak nie rąbnęło. Ale jak taka pływaczka mogła się utopić?

- Przecież w prasie, jak sam mówiłeś, podawano, że wówczas panował nad Bałtykiem sztorm.

- Co to jest sztorm dla takiego pływaka? Zwłaszcza, że przy sztormie fala zazwyczaj idzie do brzegu. Ta kobieta umiała nie tylko doskonale pływać, ale także i pływać w morzu. Widziałem na własne oczy, jak nurkowała pod falę.

- Może kurcz ją złapał? Nasz Bałtyk nie jest za ciepły.

- Dobry pływak wie, że w przypadku kurczu wystarczy ukłuć, się szpilką. Natychmiast ustępuje.

- Trzeba ją mieć.

- Miała wsuwki we włosach. Widać je na moim zdjęciu - Kaczanowski położył przed pułkownikiem fatalną fotografię. Niemiroch dokładnie obejrzał fotkę.

- No tak, tu widać, że dziewczyna ma coś we włosach. Ale przecież nie wtedy się utopiła. Mogła w tym fatalnym dniu zmienić uczesanie. Zawiązać włosy w węzeł lub zapleść warkoczyki, jak to często robią dziewczęta uprawiające sport. Mogła zresztą umrzeć na nagły atak serca. To się często zdarza przy pływaniu.

- Ale nie w tym wieku. Nie widzisz, że to okaz zdrowia?

- Co można wiedzieć oglądając fotografię?

- A jednak...

- Wiesz co, Janusz - zadecydował pułkownik - nie ma innego sposobu, żebyś się uspokoił, jak tylko zająć się tą sprawą.

- Jak to? Wypadek zdarzył się w Międzyzdrojach, w województwie szczecińskim. Tamtejsze władze...

- Tamtejsze władze wobec zupełnie jasnych okoliczności na pewno ograniczyły się do spisania protokołu. Co najwyżej prokurator wydał polecenie przeprowadzenia sekcji zwłok. I tak od wyjazdu do Szczecina nie wykręcisz się. Więc damy ci pismo do Komendy Wojewódzkiej, abyś przy okazji zbadał i tę sprawę. Powiem otwarcie, nie chciałbym, abyś zaniedbywał naszych waluciarzy i zajmował się wyłącznie wypadkiem tej Krystyny, jak jej tam...

- Niemirowskiej.

- Właśnie. Niemirowskiej. Wspomniałeś, że ona mieszkała w Warszawie? Można dyskretnie rozejrzeć się i na naszym terenie. Może to było samobójstwo upozorowane na wypadek? Różnie bywa. Jestem pewien, że jak dokładnie zbadasz, uspokoisz w ten sposób swoje sumienie.

- Chyba masz rację. Naprawdę nie wiem, jak mam ci podziękować.

- No, no, pierwszy raz udało mi się usłyszeć, że major Kaczanowski dziękuje za danie mu sprawy. Bo dotychczas zawsze się wykręcałeś - roześmiał się pułkownik. - Jutro zorientuj się, co w czasie twojej nieobecności zdziałał w tej walutowej historii kapitan Orkisz, przejmij od niego akta i jedź do Szczecina.

- Sądzę, że wybiorę się tam w początkach października.

- Dlaczego tak późno?

- Bo wtedy będę miał nieoficjalny dostęp do osoby, która może powiedzieć mi coś o Niemirowskiej. Wolałbym nie przyznawać się, że jestem z milicji.

- Zapewne ta osoba nosi sukienkę?

- Żadna tajemnica, zbierając informacje potrzebne do wygrania zakładu, zawarłem znajomość z pewną pokojówką ze „Złocienia”. Tak nazywał się pensjonat, w którym - mieszkała Niemirowska. Dziewczyna pochodzi ze Szczecina. Pracuje w jednym ze sklepów spożywczych. Ale aż do końca września pozostanie w Międzyzdrojach. Lepiej będzie rozmawiać z nią w Szczecinie.

- Coś, Januszku, za gęsto się tłumaczysz. Trzymam zakład, że dziewczyna jest młoda i przystojna.

- To nie ma nic do rzeczy. Ale rzeczywiście nie jest brzydka.

- Oj Janusz, Janusz, ty źle skończysz. Przepowiadam ci to.

- Zmień płytę. Te przepowiednie słyszałem z tysiąc razy.

- Ale w końcu się sprawdzą. A w ogóle radzę ci zainteresować się Krysią.

- Daję słowo, że to zrobię. Dlatego właśnie jadę do Szczecina, do tej Krysi ze „Złocienia”.

- Zginiesz marnie - pułkownik rzucił nowe proroctwo i dodał już łagodniej: - życzę powodzenia w obu sprawach.

Wprawdzie po rozmowie z pułkownikiem majorowi humor nieco się poprawił, ale jego mol ciągle go jednak podgryzał. Kaczanowski postanowił spróbować, czy upartego owada nie uda się podtruć uczciwą porcją alkoholu. Z Komendy Stołecznej MO do restauracji „Hotelu Saskiego” jest najbliżej i oficer milicji tam skierował swoje kroki. Pierwszą osobą, którą zobaczył w knajpce, był mecenas Mieczysław Ruszyński.

Znakomity warszawski adwokat siedział samotnie przy stoliku, jedynie w towarzystwie ćwiartki żytniówki i potężnej golonki. Ani kawałka chleba czy ziemniaków, bo mecenas, popularnie wśród przyjaciół zwany „Mięciem”, właśnie wymyślił i wypróbowywał na sobie nową rewelacyjną metodę odchudzania. Broń Boże, ziemniaki i «kasze lub chleb! Tylko coś lekkiego, jak na przykład goloneczka lub kotlet schabowy i dla lepszego trawienia ćwiarteczka, ale za to dobrze ostudzona i podparta jednym czy też dwoma kufelkami piwa.

Był czas, kiedy Kaczanowski serdecznie nie lubił adwokata. Nie zaprzeczał mu zdolności i sprytu, ale uważał, że mecenas przekracza swoje kompetencje i za bardzo wtrąca się do dochodzenia. Mało tego, nieraz usiłuje bez wiedzy milicji prowadzić prywatne śledztwo. Jednakże ta niechęć ostatnimi czasy zmalała, a nawet chyba zupełnie zniknęła. Mieczysław Ruszyński oddał poważne usługi milicji przy prowadzeniu przez nią kilku skomplikowanych spraw i miał duży udział w wyświetleniu kilku morderstw. A poza tym przy bliższych kontaktach obaj panowie stwierdzili, że mają wiele wspólnych upodobań. Zwłaszcza bardzo cenili piękno kobiece. Z małą różnicą. Miecio wolał rude, zaś Janusz, młodszy od niego, nie przywiązywał specjalnej wagi do koloru włosów.

Teraz na widok oficera milicji mecenas uśmiechnął się przyjaźnie i uczynił gest zapraszający do stolika.

- Jestem w takim parszywym nastroju - powiedział po przywitaniach adwokat - że chociaż z zasady nigdy nie piję, postanowiłem dzisiaj kropnąć sobie jednego. Fatalnie przerżnąłem poważną sprawę. Na dobitek pewna klientka utopiła mi się i chyba straciłem grubszą sumkę honararium. A jeżeli nawet nie straciłem, to czekaj tatka latka. A co tam dobrego u majora?

- Także jak najgorzej.

- Nie ma innej rady, trzeba wypić - i Miecio skinął na kelnera, aby przyniósł jeszcze jeden kieliszek. Kaczanowski zamówił jakąś przekąskę i także dał się skusić na golonkę.

- Jak pech, to pech - ciągnął dalej mecenas. - Przez przeszło trzy lata prowadziłem wyjątkowo skomplikowaną sprawę spadkową. Kiedy już nareszcie wszystko zostało wyprowadzone na czyste wody i pozostało ręką sięgnąć po pieniądze, moja klientka nie miała nic lepszego do roboty, jak wybrać się do Międzyzdrojów i tam najgłupiej na świecie utonąć w morzu. Bardzo mi żal tej kobiety.

- Krystyna Niemirowska?

Miecio z wrażenia postawił trzymany w ręku kieliszek. Popatrzył na oficera milicji jak na czarodzieja.

- Skąd major wie?! Siedzicie mnie czy co? Przecież w warszawskiej prasie nie było o tym nawet słówka. Ja dowiedziałem się od męża, którego zawiadomiła prokuratura w Szczecinie.

- Byłem w Międzywodziu na wypoczynku, a panią Niemirowska widziałem w Międzyzdrojach - wyjaśniał Kaczanowski, jednocześnie stwierdzając w myśli, że dziwne fatum prześladuje go nadal. Nie ma siły, aby mógł choć na chwilę uwolnić się od tej topielicy.

- Co za dziwny zbieg okoliczności - stwierdził adwokat.

- To była piękna kobieta. A jakie miała prześliczne blond włosy.

- De mortuis nil nisi bene - sentencjonalnie zauważył Miecio nalewając ponownie kieliszki. - Z kobietami nigdy nic nie wiadomo. Raz są blondynkami, a później są rude. Ale rzeczywiście Niemirowska była blondynką. Czy pan major wie, jak doszło do tej tragedii?

- Nie. Nie było mnie już wtedy w Międzyzdrojach.

- O wypadku przeczytałem w prasie prowincjonalnej. Pisali, że utonęła kąpiąc się na dzikiej plaży w czasie sztormu na morzu.

- To i ja słyszałam, ale niewiele więcej. Tyle tylko, że zwłok nie odnaleziono.

- Czytałem o tym, ale przypuszczałem, że morze wyrzuciło ciało.

- Powiedział mi to Niemirowski, zawiadamiając mnie o śmierci żony.

- Pan go zna dobrze?

- Raczej nie. Był dwa czy trzy razy w mojej kancelarii razem z żoną. Robi wrażenie solidnego i rzeczowego faceta. Chociaż wiem, że małżeństwo mojej klientki nie układało się najszczęśliwiej. Stale posądzała go o jakieś skoki w bok. Sądzę jednak, że była to raczej chorobliwa zazdrość. Choroba, na którą często zapadają żony mające zbyt przystojnych mężów.

- Pani Niemirowska gdzieś pracowała?

- Wspominała mi, że jest chałupniczką. Wykonywała różne artystyczne przedmioty dla Cepelii.

- Plastyczka?

- Nie sądzę, aby skończyła Akademię Sztuk Pięknych. Raczej amatorka, która swoje uzdolnienia zwróciła w kierunku sztuki ludowej. Zresztą nic dziwnego. Pochodzi przecież z Kurpiów. A tam sztuka ludowa przetrwała do dzisiaj w najmniej skażonej formie. Niemirowska robiła więc to, czego się zapewnie nauczyła w ojcowskiej chacie: wycinanki, pisanki, jakieś laleczki. Kiedyś ofiarowała mi swoje pisanki. Ładna robota, efektowna, a takie przedmioty idą w Cepelii stale i nie ma problemu z ich zbytem. Toteż moja klientka nie kryła, że zarabia dobrze i że jest pod tym względem zupełnie niezależna od męża.

- A on co robi?

- Jest jednym z dyrektorów wielkiej fabryki sprzętu elektrotechnicznego. Ostatnio awansował.

- Przypadkowo widziałem panią Niemirowska w Międzyzdrojach podczas pływania. Była doskonałą pływaczką. Czy nie sądzi pan mecenas, że to mogło być upozorowane samobójstwo?

- Samobójstwo? Ależ dlaczego? To chyba wykluczone. Nawet maniakalna zazdrość nie prowadzi do samobójstwa. Już raczej do zabójstwa. A wcale nie twierdzę, że Niemirowska była na tym tle maniaczką. Powiedziałbym, jedynie przewrażliwioną kobietą, posądzającą każdą inną, że ma w jej osobie rywalkę do względów pięknego mężczyzny.

- Sama przecież także była bardzo przystojna.

- Widzę, że majorowi się podobała. Mnie nie. Mamy różne gusty.

- Wiem, wiem, mecenas tylko rude.

- Byłem świadkiem - odciął się adwokat - kiedy i major gustował w tym kolorze. Czy mam przypomnieć?

Kaczanowski roześmiał się.

- To było dawno i nieprawda. Od tej chwili, kiedy zakopaliśmy nasze topory wojenne, upłynęło wiele wody w Wiśle. Nie przypominajmy tego okresu. Jeżeli wtedy wszedłem panu w drogę, mocno żałuję.

- Ale cóż znowu! Pan przecież zna moje zasady: klientka jest tylko klientką. Choćby była ruda i tak ładna jak pani... - tu Miecio urwał, żeby nie powiedzieć zbyt wiele.

- Właśnie. A teraz znowu mamy wspólną klientkę, niestety martwą.

- Pan major naprawdę podejrzewa, że to nie zwykłe utonięcie?

- Nie wiem. Powtarzam jedynie, że trudno mi uwierzyć, aby tak doskonała pływaczka mogła znaleźć śmierć w wodzie.

- Milicja rozpoczęła dochodzenie w tej sprawie?

- Nie. Nie było powodu. Ja sam po prostu usiłuję sprawdzić moje niejasne podejrzenia.

- No cóż - powiedział po namyśle Ruszyński - znam pewne wydarzenie, które mi pani Nimirowska opowiadała w kancelarii adwokackiej, Wprawdzie nie zastrzegała tajemnicy, ale my adwokaci, jesteśmy wyczuleni na tym punkcie. O czymkolwiek mówi adwokat i klient, jak gdyby wpadło do studni bez dna. Ale Niemirowska nie żyje, zaś major ma wątpliwości. Może więc lepiej będzie, ze wyjawię ten szczegół.

- Na pewno - poświadczył Kaczanowski.

- Otóż ostatnio moja klientka była bardzo zdenerwowana. Pokazywała mi pocztówkę nadaną w Sokołowie Podlaskim. Właśnie ta kartka tak ją przeraziła.

- Jakieś pogróżki?

- Tak to Niemirowska odczytała, chociaż treść widokówki była zupełnie niewinna. Zaledwie kilka słów. Diatego je zapamiętałem. Tam ktoś napisał: „Pozdrowienia z Sokołowa Podlaskiego. Żyjemy i pamiętamy o naszej drogiej, Krysi sklepiczarce”. Kartka była anonimowa. Tekst pisało albo jakieś dziecko, albo ktoś, kto umyślnie zmienił charakter pisma.

- I te dwa zdania wyprowadziły ją z równowagi?

- Ja także się temu dziwiłem, ale moja klientka wytłumaczyła mi, że przed przeszło dziesięcioma laty pracowała w Sokołowie Podlaskim jako ekspedientka w jednym ze sklepów spożywczych. W tamtych stronach grasowała niebezpieczna banda „Starego Macieja”. Banda wyspecjalizowała się w napadach na plebanie, bogatych chłopów i gminne spółdzielnie. Pewnego dnia dwaj członkowie bandy zrobili, jak się później okazało na własną rękę, napad na sklep, w którym pracowała Krystyna Klamówna. Takie było jej panieńskie nazwisko. Wpadli do sklepu i sterroryzowawszy personel zażądali pieniędzy i wódki. Podając wódkę, Klamówna uderzyła butelką w głowę jednego z bandytów i z krzykiem wybiegła na ulicę. Drugi z napastników strzelił do niej, ale na szczęście chybił. Dziewczyna podniosła alarm i po krótkim pościgu milicja i przypadkowo przechodzący ulicą oficer wojska polskiego ujęli przestępców. Doszło jednak do strzelaniny i jeden z milicjantów został ciężko ranny. Postrzelony został także jakiś przechodzień, który przypadkowo znalazł się na linii strzałów. A mając w ręku dwóch bandytów, MO bez trudu zlikwidowała resztę gangu z jej hersztem „Starym Maciejem” na czele. Zapadły wysokie wyroki. Między innymi uczestnicy napadu na sklep spożywczy dostali po piętnaście lat. Krystyna Klamówna była jednym z głównych świadków oskarżenia. Podobno bandyci odgrażali się, że po wyjściu z więzienia zrobią z nią koniec.

- Właśnie mogli wyjść na wolność. Były w tym czasie dwie amnestie. Za dobre zachowanie też mogli im coś zdjąć.

- To samo twierdziła Niemirowska. Dlatego tak się przestraszyła tej pocztówki.

- Mało prawdopodobna jest taka zemsta.

- I mnie się tak zdaje - przyznał adwokat. - Starałem się wytłumaczyć to mojej klientce. Taki bandzior po odsiedzeniu dziesięciu czy też jedenastu lat albo decyduje się zerwać z poprzednim trybem życia, albo próbuje realizować plany nowych przestępstw, wydumane wraz z towarzyszami „pod celą”. Zemsta mu nie w głowie. Rączej zachowałby ansę do prokuratora czy sędziego albo do milicji, która go ujęła. Ale rzadko zdarza się taka reakcja. Osobiście słyszałem zaledwie o dwóch takich wypadkach.

- A jednak się zdarzają. Wyjątki potwierdzają regułę i dlatego nie można pominąć tego śladu. Miałem szczęście, że spotkałem mecenasa i uzyskałem tak cenne wiadomości. Mało prawdopodobne, ale ostatecznie możliwe, że w Międzyzdrojach ktoś śledził Niemirowska i zauważywszy ją na pustej plaży dokonał morderstwa. Ale co się stało ze zwłokami?

- Po prostu morze je zabrało.

- Czy mecenas ma tę pocztówkę?

- Nie. Klientka mi ją pokazała, ale nie zostawiła.

- Szkoda, że nie zwróciła się do nas.

- Rozmawiając z nią nadmieniłem, że mogę ją skontaktować z kimś z milicji. Jednakże, przyznaję, nie traktowałem poważnie tej kartki. Uważałem, że ktoś znający Niemirowska najzwyczajniej w świecie pozwolił sobie na głupi dowcip. Mógł to zrobić nawet jeden z tych przestępców, jeżeli rzeczywiście już ich zwolniono z więzienia. Ale od napisania paru słów do zabójstwa jeszcze daleka droga.

- Poszlaka bardzo wątła, spróbuję jednak zająć się nią.

- Zawsze pan major może liczyć na moją pomoc.

- A ten spadek? Już prędzej widziałbym kogoś, kto chce pozbyć się jednego ze spadkobierców dużego spadku.

- Muszę majora rozczarować. To spadek po ciotce staruszce. Składa się on z domu, a raczej rozwalającej się rudery w Siedlcach i paru placów. W sumie nie przedstawia to większej wartości niż maksymalnie trzysta tysięcy złotych. Komplikacje wynikały po prostu z faktu dużych zaniedbań prawnych. Ciotka pani Niemirowskiej była właścicielką tych placów razem z mężem, który zginął w czasie okupacji. Wtedy nie zrobiono postępowania spadkowego. Teraz trzeba było to naprawiać. Poza tym brat pani Krystyny mieszka w Stanach Zjednoczonych, a on także ma swój udział w spadku. To wszystko skomplikowało sprawę i przeciągnęło ją aż na kilka lat.

- No tak, dla takiej sumy nikt nie będzie mordował.

- Tym bardziej że ten, kto by skorzystał z tej śmierci, przebywa w Ameryce.

- A więc - zapytał major - jakie wnioski mecenasa?

- Tylu ludzi rokrocznie topi się w czasie sezonu. Po prostu jeden wypadek więcej.

- A jednak w tym coś musi być. Widziałem ją, jak pływała. Nie mogła się utopić.



Rozdział IV

Gdzie jest dowód osobisty?



- Na kiego grzyba potrzebne wam są akta tej topielicy? - dziwił się major Rochacz w Szczecinie, zresztą stary znajomy Janusza Kaczanowskiego.

- Babka należała do naszej parafii. Chcemy sprawdzić, czy wszystko OK.

- Nic tam nie znajdziesz. Notatka kierownika posterunku MO w Międzyzdrojach z zawiadomieniem o zniknięciu Krystyny Niemirowskiej, druga notatka o zarządzonych poszukiwaniach i o znalezieniu ubrania. Spis rzeczy oraz protokół z poszukiwania zwłok. Prokurator wobec całkowicie jasnej sprawy wydał decyzję umorzenia śledztwa. Gmina wystawiła akt zgonu.

- Chciałbym jednak te dokumenty zobaczyć na własne oczy - upierał się Kaczanowski.

Rochacz polecił przynieść teczkę w tekturowej obwolucie. Było w niej zaledwie kilka papierków.

- Masz, niewierny Tomaszu - szczeciniak podsunął akta koledze.

Major przeglądał kartki. Pierwsza z nich to, krótka notatka kierownika posterunku MO w Międzyzdrojach. O godzinie szesnastej minut czternaście osobiście przyjął telefon obywatelki Janiny Markowskiej, kierowniczki domu wypoczynkowego „Złocień”, że jedna z wczasowiczek, Krystyna Niemirowska, wyszła z domu o godzinie dziesiątej rano mówiąc, że idzie kąpać się i do tej por# nie wróciła do pensjonatu.

Starszy sierżant, Mikołaj Galbarczyk, zaznaczył w swojej notatce, że tego dnia morze było bardzo wzburzone i ratownicy wywiesili na maszcie czarną chorągiew, bezwzględny zakaz kąpieli. Było chłodno, parę razy w Międzyzdrojach padało i ludzi na plaży nie było. Ratownicy dyżurowali do godziny dwunastej i nie zauważyli nikogo kąpiącego się. Potem, wobec stale pogarszającej się pogody, dyżur na plaży został zwinięty.

Kierownik posterunku wysłał dwóch milicjantów, aby przeszli się wzdłuż plaży w jedną i drugą stronę, zaczynając od mola. Obaj milicjanci wrócili z obchodu. Nikogo i niczego nie zauważyli. W czasie badania plaży cały czas padał deszcz.

- Nie bardzo się ten sierżant wysilił w poszukiwaniach - zauważył Kaczanowski.

- Co ty chcesz? - oburzył się major Rochacz. - W Międzyzdrojach w ogóle jest pięciu ludzi na posterunku. A wczasowiczów przeszło dwadzieścia tysięcy. Nie myśl, że milicjanci siedzą z założonymi rękoma. To, że zdołał wysłać na poszukiwania dwóch swoich podkomendnych, najlepiej dowodzi, że nie zlekceważył meldunku. A przecież tam na porządku dziennym zdarza się, że jakaś babka ginie i odnajduje się po dwóch, trzech dniach w innym pensjonacie i w innym łóżku albo nawet w Szczecinie. Nie przywiązywali do takiego meldunku większego znaczenia. Nieraz zarządzano pełny alarm, mobilizowano statki ratunkowe i kutry rybackie dla poszukiwania zwłok, a po paru dniach delikwent zjawiał się Z niewinną miną i oświadczał, że wybrał się na małą wycieczkę z

45przyjaciółmi. Galbarczyk miał prawo przypuszczać, że tak się stało i tym razem. Zwłaszcza że wtedy w Międzyzdrojach panowała pogoda, iż psa na plażę by nie wygnał.

- Może i masz rację - zgodził się Kaczanowski i wrócił do studiowania zapisków starszego sierżanta.

Galbarczyk meldował, że kiedy następnego ranka Krystyna Niemirowska nie zjawiła się w „Złocieniu”, nakazał ponowne przeszukanie plaży, mobilizując do pomocy ratowników, członków ORMO i harcerzy biwakujących w pobliskim obozie. Tym razem poszukiwania przyniosły rezultat. Dwaj harcerze: Jan Gałązka i Henryk Lipień znaleźli na wydmach koło plaży, w odległości mniej więcej trzech kilometrów od mola w Międzyzdrojach, zawiniątko z damską odzieżą. Sierżant Galbarczyk wykonał szkic terenu i zaznaczył, gdzie leżało ubranie.

Ze znalezionych w damskiej torebce zapisków i dokumentów nie ulegało wątpliwości, że ubranie należało do Krystyny Niemirowskiej. Potwierdzili to zresztą i pracownicy domu wczasowego „Złocień”. Spis wyliczał dokładnie: damska torebka koloru brązowego, pantofle brązowe, płaszcz przeciwdeszczowy z folii, duża torba plażowa niebieska w kwiaty, sukienka brązowa i duży włochaty ręcznik kąpielowy. W torebce znaleziono list adresowany do Krystyny Niemirowskiej, nadany z Warszawy przez Stanisława Niemirowskiego, kartę biblioteki w Międzyzdrojach na nazwisko Krystyny Niemirowskiej, chusteczkę do nosa, puderniczkę, dwie pomadki do ust, długopis, portmonetkę z bilonem, razem czterdzieści sześć złotych, siedemdziesiąt groszy, portfel skórzany brązowy zawierający banknoty o łącznej wartości siedemset dwadzieścia złotych. Poza tym znajdowała się tam paczka papierosów Carmen oraz zapalniczka gazowa. W małym woreczku celofanowym trochę waty i papieru toaletowego.

- Nie widzę tutaj bielizny osobistej - zauważył Kaczanowski. - Przecież musiała mieć majtki i biustonosz.

- Nie czepiaj się, stary. Wyszła z domu, żeby się wykąpać. Miała więc na sobie kostium kąpielowy, na który włożyła sukienkę.

- Wtedy było zimno. Niezbyt odpowiedni czas, aby wracać do pensjonatu w mokrym kostiumie. Szła na dziką plażę i w krzakach mogła spokojnie się przebrać.

- Równie dobrze mogłaby tam ściągnąć kostium kąpielowy, wytrzeć się ręcznikiem i włożyć sukienkę na gołe ciało. Do „Złocienia” od tego miejsca jest nie więcej niż dwa kilometry. A ty, widzę, szukasz dziury w całym.

Kaczanowski nadal czytał akta. Starszy sierżant po znalezieniu rzeczy zaginionej polecił natychmiast zawiadomić o wypadku męża Niemirowskiej i zarządził poszukiwanie ciała. Przez trzy dni kutry rybackie bezskutecznie zarzucały sieci. Zwłok nie znaleziono.

W dokumentach znajdował się także obszerny spis przedmiotów znalezionych w pokoju Krystyny Niemirowskiej. Bielizna, sukienki, sweterki, różne damskie fatałaszki, a także spora ilość pieniędzy, bo przeszło trzy tysiące złotych. Spis sporządzono w obecności kierowniczki pensjonatu. Pod spisem było pokwitowanie Stanisława Niemirowskiego, któremu wydano garderobę zmarłej, jak również rzeczy znalezione na plaży. Poza tym tylko adnotacja o wystawieniu świadectwa zgonu Niemirowskiej - i wręczeniu go mężowi - z zaznaczeniem, że zwłok nie odnaleziono, oraz decyzja prokuratora umarzająca śledztwo.

- Jednego nie mogę zrozumieć - zauważył major Kaczanowski. - Osiem kutrów rybackich i statek ratowniczy ze Świnoujścia trałowało morze, a ciała nie znaleziono.

- Mówisz jak laik, który nie zna Bałtyku - oburzył się major Rochacz. - Wtedy wiał silny wschodni wiatr. Przez kilka dni. W takiej sytuacji powstaje wzdłuż brzegu prąd w kierunku zachodnim. Porwał zwłoki i zaniósł je daleko na zachód. Gdzieś pod wyspę Uznam czy Rugię albo jeszcze dalej.

- Powinniście więc zbadać, czy tam nie wyrzuciło ciała.

- Dziękuję za dobre rady - Rochacz był coraz bardziej wściekły na przyjaciela. - Po raz pierwszy mamy do czynienia z takim wypadkiem i zupełnie nie wiedzieliśmy, jak się zachować! To masz na myśli, prawda? Naturalnie, że natychmiast porozumieliśmy się z milicją i służbą graniczną Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Daliśmy znać i policji RFN, a także władzom duńskim.

- I co?

- I nic. Mamy od nich cotygodniowe meldunki, że na zachodnim brzegu Bałtyku nie znaleziono żadnych zwłok. Ale to także nic dziwnego. Czy ty wiesz, ile wraków leży na przybrzeżnych wodach? Jakie tam są zawirowania i wędrujące ławice piasku? Często Bałtyk wcale nie wydaje swoich ofiar.

Major Kaczanowski powrócił do studiowania spisu przedmiotów znalezionych na plaży i tych, które następnie spisano jako znajdujące się w pokoju Niemirowskiej.

- Ale wytłumacz mi - zwrócił się do przyjaciela - dlaczego nigdzie nie widzę wzmianki o dowodzie osobistym zaginionej?

- Jak to? - zawołał Rochacz. - Nie ma?

- Sam obejrzyj. Spis zrobiono bardzo dokładnie. Nie pominięto w nim nawet tak drobnego szczegółu, jak dwa pudełka zapałek leżących na nocnym stoliku w pensjonacie. I nagle zapomniano o tak ważnym dokumencie, jakim jest dowód osobisty. Czy to nie jest dziwne?

Oficer Komendy Wojewódzkiej w Szczecinie przejrzał podane mu przez Kaczanowskiego spisy.

- Rzeczywiście, tutaj nie ma wzmianki o dowodzie osobistym. Może Niemirowska w ogóle nie wzięła go ze sobą?

- Chyba żartujesz? Kobieta jedzie do miejscowości położonej tuż nad granicą i nie bierze ze sobą dowodu osobistego? A jak ją w takim razie zameldowali? Już nie mówiąc o tym, że nie wyobrażam sobie, aby jakiś wczasowicz bawiący w Międzyzdrojach nie wybrał się choć na parę godzin do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Przecież na tę wycieczkę potrzebny jest właśnie tylko dowód osobisty z odpowiednim stemplem.

- Ostatecznie mogli ją zameldować na podstawie legitymacji służbowej.

- Nie miała żadnej legitymacji służbowej, była chałupniczką wykonującą prace dla Cepelii. Zresztą w spisie rzeczy nie ma żadnej wzmianki o jakiejkolwiek legitymacji poza kartą biblioteczną. Na podstawie takiego dokumentu, myślę, nawet w Międzyzdrojach nikogo nie zameldują.

- Dziękuję ci za to „nawet w Międzyzdrojach”. Sądzisz więc, że Niemirowska zamordowano dla zrabowania dowodu osobistego albo też dowód ten skradziono po tragicznym wypadku? Przecież złodziej wziąłby także pieniądze.

- Nic nie sądzę. Stwierdzam brak dowodu, a także zegarka. Sam widziałem na ręku Niemirowskiej mały zgrabny zegareczek. Złoty albo przynajmniej złocony. Chciałbym, żeby ta sprawa została wyjaśniona. To wy prowadziliście dochodzenie?

- Posterunek MO w Międzyzdrojach.

- Podległy służbowo Komendzie Powiatowej w Wolinie i Komendzie Wojewódzkiei w Szczecinie. Dziwiłeś się, że chcę przejrzeć akta sprawy. A jednak miałem nosa. Są w niej niejasności i zaniedbania. Nie mogę mieć pretensji do kierownika posterunku w Międzyzdrojach. Zrobił to, co do niego należało. Ale wyższe szczeble nie najpiękniej się spisały, bo nie zwróciły uwagi na te niedociągnięcia.

-: Myślisz, że mamy czas dokładnie studiować tak proste sprawy, jak te, że ktoś się utopił? Może u was, w stolicy, jest w komendzie tylu ludzi, że stać was na taką zabawę.

- Czasem z zabawy robią się bardzo poważne sprawy. Choćby i teraz. Pozornie prosty wypadek, a zjawiły się niejasności, które jeśli nie podważają hipotezy o utonięciu w czasie sztormu, to w każdym razie rzucają na nią poważny cień.

- Jaki? - major Rochacz rozzłościł się nie na żarty. - Nie wiem - przyznał szczerze Kaczanowski. - Może będę wiedział, kiedy mi wytłumaczysz ten brak zegarka i dowodu osobistego.

- Zegarek mógł ktoś ukraść z pokoju Niemirowskiej, kiedy już rozeszła się pogłoska o jej utopieniu się. Choćby pokojówka. Kto idzie się kąpać, nie bierze ze sobą zegarka.

- To może być prawdą - przyznał warszawianin. - Ale wątpię, żeby ukradła pokojówka czy ktoś inny ze służby w pensjonacie. A poza tym widziałem panią Niemirowska dwa razy w życiu. Raz na dansingu, a drugi raz właśnie na plaży. Zawsze zegarek znajdował się na jej opalonej ręce. Czy i dowód też ukradli? A dlaczego kradnąc zegarek nie wzięli z tego samego pokoju przeszło trzech tysięcy złotych?

- Może osoba dokonująca spisu rzeczy przez pomyłkę pominęła dowód osobisty?

- I zegarek - zakpił Kaczanowski. - Dziwne przeoczenie funkcjonariusza milicji.

Zamiast odpowiedzi major Rochacz ujął słuchawkę telefoniczną i poprosił o jak najszybsze połączenie go z posterunkiem milicji w Międzyzdrojach. Miał szczęście, bo rozmowę otrzymał prawie natychmiast, a kierownik posterunku był w swoim biurze.

- Słuchajcie, sierżancie - zapytał Rochacz - kto robił spis rzeczy tej topielicy? Niemirowskiej?

- Melduję obywatelu majorze, że ja osobiście.

- A kto pisał na maszynie?

- Tak samo ja. Nie mamy maszynistki. Jak trzeba coś wystukać, sam to robię.

- Pamiętacie, czy w waszych notatkach nie było zegarka i dowodu osobistego? Może zapomnieliście to włączyć do spisu?

- Na pewno, obywatelu majorze, nie było ani zegarka, ani dowodu osobistego. Ta kobieta mogła mieć zegarek wodoszczelny albo zapomniała go zdjąć z ręki wchodząc do morza. U nas w Międzyzdrojach, w czasie sezonu, aż trzech zegarmistrzów tylko właśnie takie wykąpane zegarki naprawia. Bardzo sobie chwalą - meldował starszy sierżant.

- A czy ona miała w ogóle dowód osobisty?

- Musiała mieć - stwierdził sierżant. - Przecież by jej nie zameldowali. Jeżeli obywatel major chciałby wiedzieć, sprawdzę numer i serię tego dowodu. Przedzwoniłbym za pół godziny.

- Dobrze! - ucieszył się Rochacz. - Sprawdźcie, a także poszukajcie, może ten dowód jest u kierownika domu wczasowego „Złocień” lub służba znalazła go później, już po wypadku? Na przykład przy sprzątaniu pokoju:

Za godzinę posterunek MO w Międzyzdrojach zgłosił się telefonicznie do Komendy Wojewódzkiej. Kierownik posterunku zameldował, że Krystyna Niemirowska miała dowód osobisty serii „AP”. Wystawiony przez KM MO w Warszawie i tego dowodu w „Złocieniu” nie znaleziono.

Major Rochacz podziękował starszemu sierżantowi, położył słuchawkę na widełki, ale nie miał zadowolonej miny.

- Psiakrew! - zaklął. - Zabiłeś nam klina tym zegarkiem i dowodem osobistym.

- Zegarek to pół biedy - pocieszył go Kaczanowski, - jego brak można tłumaczyć rozmaicie. Choćby tak jak ty czy tak jak to zrobił kierownik posterunku. Ale dowód, sam przyznasz, sprawa poważniejsza.

- Czy naprawdę sądzisz, że to nie wypadek, lecz zbrodnia?

- Podejrzewam to - poważnie odparł major Kaczanowski. - Podejrzewałem zresztą od samego początku, od momentu kiedy przeczytałem w prasie krótką wzmiankę o utonięciu Niemirowskiej. Sam dobrze pływam, był czas, kiedy trochę trenowałem ten sport, znam się na tym. Wierzaj mi, dziewczyna, która tak pływała jak ta babka, nie mogła się utopić jedynie dlatego, że fala była trochę większa niż zwykle.

- Wtedy fala naprawdę była duża. Mamy komunikat meteorologiczny.

- Pływak oswojony z wodą i umiejący pływać w morzu albo w ogóle nie wejdzie do wody, albo się w niej nie utopi, jeśli uzna, że może się jednak kąpać. Nie mów mi o kurczu, o ewentualnym ataku serca i tym podobnych „siłach wyższych”. Widziałem tę kobietę w wodzie i nikt mnie nie przekona, że mogła utonąć tuż przy brzegu. Wtedy, jak sam powiedziałeś, wiał wschodni wiatr. Przy nawet minimalnym wysiłku pływaka takie prądy zawsze wyrzucą go na brzeg.

- Mogła ją fala podciąć, zachłysnęła się wodą i straciła przytomność.

- To mogło spotkać każdego innego, ale nie tak doświadczoną pływaczkę.

- Więc sądzisz, że ją zamordowano dla zdobycia dowodu osobistego?

- Powiedziałem ci, że ja nic nie sądzę. Po prostu ta historia wydaje mi się coraz bardziej niejasna.

- Chcesz, żebyśmy wznowili dochodzenie i szukali tego przeklętego dowodu osobistego?

- Nie - zaprzeczył Kaczanowski. - To nie ma najmniejszego sensu. Nic nie znajdziecie. Dowód osobisty, jeżeli jego zdobycie nie było głównym motywem zbrodni, dawno został zniszczony. Jeśli to dla niego zamordowano tę kobietę, ani mordercy, ani tej zielonej książeczki nie ma teraz w Międzyzdrojach, nie ma na terenie całego województwa szczecińskiego. Zbrodniarzy i powodów zbrodni, zakładając, że mamy do czynienia ze zbrodnią, należy szukać gdzie indziej. Będę to robił.

- Jeżeli chcesz, to dam ci te akta. Przyślesz mi później z Warszawy formalne zawiadomienie, że przejmujecie sprawę w swoje ręce.

Kaczanowski chwilę się zastanawiał.

- Te papierki na nic mi się nie zdadzą. Byłyby potrzebne, gdyby odnaleziono zwłoki. Przypuszczam jednak, że do tego nigdy nie dojdzie. Naturalnie ciągle zakładając, że to jest zbrodnia, a nie tragiczny wypadek.

- Z morzem nigdy nic nie wiadomo - major Rochacz wolał być ostrożny w formułowaniu sądów. - Zdarza się, żt; Bałtyk wyrzuca ciało nawet po kilku miesiącach.

- Jeśli Krystynę Niemirowska zamordowano, to na pewno nie spoczywa na dnie Bałtyku.

- Skąd ta pewność?

- Sam się zastanów. W czasie sztormu na pustej plaży zamordowałeś kogoś. Co zrobisz ze zwłokami? Wrzucisz je do morza? Fala dochodząca do dwóch metrów nie ułatwi ci zadania.

- Rzeczywiście, masz rację. Raczej odciągnąłbym ciało gdzieś ha wydmy i tam bym je zakopał. Jeżeli chcesz, zarządzę ponowne poszukiwania już pod tym kątem widzenia.

- Nie widzę żadnych szans. Łatwiej chyba znaleźć igłę w stogu siana. Plaża ciągnie się aż do Dziwnowa. Przestępca wcale nie musiał zakopywać zwłok na wydmach. Obok jest las i szosa. A może miał samochód i odjechał z dziesięć kilometrów dalej i tam w gęstym lesie porzucił lub ukrył zwłoki? Trzeba znaleźć motyw zbrodni, odszukać mordercę, a wtedy wszystko inne stanie się jasne. Gdzie podział się zegarek i dowód osobisty i gdzie pochowano Niemirowska.

- To prawda. A masz te motywy?

- W ogóle nie wiem jeszcze, czy to morderstwo, czy wypadek. Szukam po omacku. Od was dowiedziałem się ważnego szczegółu o dowodzie osobistym. Może także w Szczecinie dowiem się od pewnej młodej osoby czegoś więcej o zaginionej. Na razie za wszystko musi mi wystarczyć mój nos. Nieładnie mi pachnie ta sprawa - tymi słowami Janusz Kaczanowski pożegnał swojego szczecińskiego kolegę i prosto z Komendy Wojewódzkiej MO udał się na ulicę Krzywoustego, aby odszukać pewien samoobsługowy sklep spożywczy. Zaopatrzony w koszyczek, przekroczył barierkę i od razu spotkał dawną pokojówkę ze „Złocienia”.

- Pan naprawdę przyjechał do Szczecina - ucieszyła się dziewczyna.

- Jak pani widzi. W Międzyzdrojach dostałem kosza, może tutaj mi się lepiej poszczęści.

- Może... - w głosie brzmiała zachęta.

- Do której pani musi tu sterczeć?

- Dzisiaj aż do siódmej wieczorem.

- A więc przyjdę o siódmej. Pójdziemy do „Kaskady”? Albo do „Orbisu”?

- To już wolę do „Orbisu”. Do „Kaskady” chodzą marynarze i same...

- Będę o siódmej przed sklepem.

- Nie! - zaprotestowała dziewczyna. - Niech pan na mnie czeka o ósmej wieczorem przed Bramą Portową. Do hotelu „Orbisu” stamtąd parę kroków. Wie pan, gdzie to jest?

- Naturalnie.

- A więc o ósmej - dziewczyna chciała, aby ten przystojny mężczyzna jak najszybciej wyszedł ze sklepu. Już i tak koleżanki ciekawie zerkały na Krysię, a pani kierowniczka siedząca przy kasie także zainteresowała się tą wizytą. Major zorientował się w sytuacji, skłonił się i szybko opuścił „Sam”.

Dziewczyna spóźniła się zaledwie dziesięć minut, to jest akurat tyle, ile wypada spóźnić się kobiecie na randkę. Żeby mężczyzna wiedział, że nie leci na niego, ale jednak trochę jej na nim zależy.

W restauracji szczęśliwie znalazł się wolny stolik, Kaczanowski zadysponował menu. Zauważył, że jego partnerka skorzystała z tej godzimy pomiędzy zamknięciem sklepu a randką, aby się przebrać i poprawić fryzurę. Miała teraz jakąś ciemną, gustowną sukienkę. Umalowana była dyskretnie. Z przyjemnością Janusz stwierdził, że z panną Krystyną Cegiełek można się pokazać w każdym lokalu. Była naprawdę przystojna, więc majorowi humor zdecydowanie się poprawił.

Na razie dziewczyny o nic nie wypytywał. Opowiadał za to dużo o swoim wyjeździe na Mazury, włóczędze kajakiem po jeziorach i sukcesach wędkarskich. To ostatnie było wierutną blagą, bo Kaczanowski trzymał wędkę kilka razy w życiu i poza jakąś skromną ukleją niczego więcej nie złowił. Kelner przyniósł zakąski, napełnił kieliszki, dopiero wtedy major skierował rozmowę na interesujący go temat.

- A jak tam pani pracowało się w „Złocieniu”? Czy pogoda do końca sezonu dopisała? Bo na Mazurach było pięknie. To zresztą widać po mojej opaleniźnie - blagował major. - Za to pani bledziutka. Było się nad morzem i plaży się nie, widziało

- Dobrze mi tak - stwierdziła dziewczyna. - Połakomiłam się na parę groszy dodatkowego zarobku. A mogłam przecież jechać na wczasy. Również nad morze, do Łeby. Naharowałam się, że ręce urobiłam po łokcie.

A z zarobkami nie wyszło najlepiej. Już nigdy tak nie zmarnuję swojego urlopu. Przecież jeszcze dwa miesiące bezpłatnego wzięłam. Powiem panu, wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle. A co się przykrości najadłam? Nawet milicja mnie przesłuchiwała.

- Co pani powie? - obłudnie zdziwił się Kaczanowski.

- A żeby pan wiedział. Wszystko przez tę Niemirowska.

- Jaką Niemirowska?

- No tę blondynkę, co się tak panu podobała. Kwiaty to znosił, a teraz udaje, że jej nie zna. Wszyscy mężczyźni są jednakowi.

- Zupełnie mi wyleciało z pamięci. Przecież kiedy przyniosłem te goździki, pamiętałem jedynie, że ma na imię Krystyna. Nazwisko sama pani mi powiedziała. Zresztą nie mam pamięci do nazwisk. To co, ta Niemirowska okazała się złodziejką?

- Gorzej! Utopiła się.

- Co pani powie? - Janusz udając zdumienie odstawił trzymany w ręku kieliszek.

- Utopiła się w parę dni po tym, jak pan przyniósł te kwiaty. Jakby ją kara spotkała, że wtedy nie zaczekała na pana.

- Panno Krysiu, pani żartuje - Kaczanowskiemu nie w smak były słowa dziewczyny. Widocznie cały świat uparł się łączyć śmierć Niemirowskiej z osobą oficera milicji. - Raz w życiu ją widziałem i zaraz miałaby ją za to kara spotkać?

- Poszła się kąpać i więcej nie wróciła. Panowie, z którymi siedziała przy stole, kiedy jej zabrakło przy obiedzie, zrobili raban. Kierowniczka odczekała jeszcze zedwie godziny i zaalarmowała milicję. Szukali ciała, ale na plaży znaleźli tylko ubranie. Wtedy była zła pogoda. Morze już poprzedniej nocy tak huczało, że nie mogłam zmrużyć oka.

- Przecież ona mi opowiadała, że doskonale pływa. Chwaliła się, że zdobywała za to nagrody.

- Wszyscy w „Złocieniu” dziwili się, że taka pływaczka mogła się utopić. Ale wtedy fale miały chyba ze trzy metry. Cała plaża aż do wydm była zalewana. Przy takiej pogodzie - powiedziała z przekonaniem dziewczyna - najlepszy pływak pójdzie pod wodę.

Major nie dyskutował na ten temat z panną Krysią. Grając rolę nie wtajemniczonego, zapytał:

- Ona się utopiła, to dlaczego panią milicja przesłuchiwała?

- Bo podobno ja byłam ostatnią osobą, która rozmawiała z panią Niemirowska.

- Była pani z nią na plaży?

- Pogoda była okropna. Najgorsza, jaką sobie mogą wyobrazić pracownicy pensjonatu. Trzeba szybko sprzątać pokoje, a goście snują się jak błędni po całym domu albo po prostu nie wstają z łóżek. A potem pretensje, że do obiadu pokój nie sprzątnięty. Wzięłam się za froterowanie salonu i holu. A wtedy zjawiła się pani Niemirowska z wielką torbą plażową w ręku. Pozdrowiła mnie i mówi, że idzie się kąpać. No to ja, że zimna woda, fala zalewa plażę i zaraz będzie deszcz. A ona się roześmiała, że po wejściu do morza żaden deszcz nie jest straszny. Powiedziałam jeszcze, że na maszcie wisi czarna chorągiew, to znaczy, że kąpać się nie wolno. A ona „to pójdę na dziką plażę w stronę Wisełki, tam mi nikt nie zabroni”. Tak ją ostrzegałam, jak gdybym coś przeczuwała.

- I poszła mimo wszystko. Po własną śmierć. Nigdy nie wiadomo, co człowiekowi sądzone.

- Ma pan rację. To było jej sądzone. Kiedy tak rozmawiałyśmy, nadszedł inżynier Rudnicki. Taki łysy. Na pewno musiał go pan zauważyć, bo on się stale koło tej babki kręcił. Bardzo mu przypadła do gustu. Ale chyba nic u niej nie zarobił, w ogóle pani Niemirowska była wesoła, ale mężczyzn trzymała z daleka od swojego pokoju. Kiedy ten inżynier zobaczył ją ubraną do wyjścia, od razu z propozycjami: „Pani Krysieńka sama? Może pójdziemy razem?” A ona: „Bardzo chętnie, panie Wiktorze, ale po obiedzie. Teraz mam parę babskich sprawunków do załatwienia”. Machnęła mu ręką na pożegnanie i już jej nie było.

- Jak to? - major poruszył się na krześle. - Pani powiedziała, że idzie na plażę kąpać się, a temu Rudzińskiemu nie przyznała się do tego?

- Właśnie. Przecież gdyby mu nie skłamała, poszedłby z nią i nie doszłoby do - nieszczęścia. A potem, kiedy znaleźli jej rzeczy, przyszła milicja. Przesłuchiwano nas wszystkich, a jej pokój rewidowano.

- Czego mogli szukać?

- Niczego nie szukali. Wypytywali mnie, jak była ubrana pani Niemirowska, kiedy wychodziła z domu. Kazali mi poznawać, czy sukienka i płaszcz znalezione na plaży rzeczywiście należą do niej. Spisali te rzeczy, które znajdowały się w pokoju, a później je spakowałam. Z Warszawy przyjechał mąż pani Niemirowskiej i zabrał te dwie walizki. Bardzo go żałowałam. Taki miły, przystojny pan. Nie płakał, ale widać było, że zrozpaczony. Całe cztery dni siedział na posterunku milicji. Rybakom obiecywał dziesięć tysięcy złotych za odnalezienie ciała.

- Znaleźli?

- Gdzie tam! Kilka łodzi rybackich od rana do wieczora zarzucało sieci. Przypłynął także statek ratunkowy ze Świnoujścia i ciągnął trał. Ale morze często nie wydaje swoich ofiar. Co roku w Międzyzdrojach kilka osób się topi. Jeżeli ratownicy natychmiast nie wyciągną ofiary z wody, później już jej nie znajdą.

- To i tak szczęście w nieszczęściu, że znaleźli te rzeczy na plaży. Przecież mógł je ktoś ukraść i nie wiedziano by, co się z Niemirowska stało.

- Zimno było, nikt po wydmach nie chodził, to i nie znalazł.

- Pewnie ona nie chciała, żeby jej ten inżynier towarzyszył, bo w taką pogodę szkoda moczyć kostium kąpielowy, a można się kąpać bez niego.

- Ee, pani Niemirowska na pewno nie kąpała się na golasa. To była bardzo elegancka pani. Wyszła z domu z dobrze wyładowaną torbą plażową. Musiała tam mieć kostium.

- Czy w pokoju znaleźliście wtedy kostium kąpielowy? - Kaczanowski zapomniał o konieczności zachowania ostrożności i zadawał dziewczynie pytania, jak gdyby ją przesłuchiwał. Ale panna Krysia, przejęta dramatem Niemirowskiej, nie zastanawiała się nad przyczyną dociekliwości swojego znajomego.

- Naturalnie - odpowiedziała. - Aż dwa kostiumy. Pani Niemirowska miała dużo eleganckich rzeczy. Sukienki, sweterki, piękną bieliznę. W życiu takiej nie widziałam. Mówiła, że mąż jeździ za granicę i jej przywozi. I na co jej to wszystko teraz - zakończyła filozoficznie dziewczyna. - Leży w piasku, na dnie Bałtyku.

- Nie mówmy o tej tragicznej historii - Kaczanowski zmienił temat. - Dobrą orkiestrę tu mają. Pani lubi tańczyć?

- Bardzo.

- To dlaczego siedzimy i tracimy czas? - major poderwał się z miejsca.

I on lubił tańczyć, dziewczyna była ładna i zgrabna, a także okazała się dobrą tancerką.

Reszta wieczoru obojgu upłynęła przyjemnie. Oficer milicji już nie wracał w rozmowie do nieszczęśliwego wypadku w Międzyzdrojach. Wiedział, że niczego więcej się nie dowie i całkowicie poświęcił się flirtowi z przystojną szczecinianką. Ale około jedenastej dziewczyna oświadczyła:

- Muszę wracać do domu. Mieszkam z koleżanką. Nie lubi, kiedy ją budzę zbyt późnym powrotem. A mieszkam dość daleko, na Pogodnem.

- Mieszkam tutaj i mam w pokoju dwa wygodne łóżka.

- Nie, nie - protestowała. - Za kogo pan mnie bierze?

- Ależ panno Krysiu! Ja po koleżeńsku proponuję: po co przerywać zabawę i tłuc się gdzieś na drugi koniec miasta?

- Nie, nie...

Janusz zrezygnował z dalszych namów. Skinął na kelnera i poprosił o rachunek. Kiedy już szli do szatni, ponownie spróbował.

- A może?

- Nie - tym razem dziewczyna protestowała znacznie słabiej. - Za mało się znamy. Drugi raz się widzimy. Może jutro...

Tak się złożyło, że sprawa waluciarzy, która była głównym powodem przyjazdu oficera do Szczecina, okazała się nie tak prosta, jak to się początkowo zdawało. Janusz Kaczanowski musiał więc zostać w mieście nad Odrą jeszcze kilka dni.



Rozdział V

Mecenas contra oficer MO



Po powrocie ze Szczecina major Janusz Kaczanowski zameldował się u swojego zwierzchnika, pułkownika Adama Niemirocha. Zdał szefowi sprawozdanie z wyników dochodzenia w sprawie morderstwa waluciarza warszawskiego, co było głównym celem wyjazdu oficera milicji nad Odrę, a wtedy „stary” zapytał:

- Jak tam twoja topielica? Ta z fotografii. Już ci przeszło? Dowiedziałeś się szczegółów wypadku?

- Nic mi nie przeszło. Zebrałem trochę informacji zarówno tutaj, jak i w Szczecinie i nadal twierdzę, że sprawa jest tajemnicza. W tej sytuacji głupie gadanie kapitana Jagodowicza o pechowym zdjęciu mniej mnie teraz obchodzi. Jestem mu nawet wdzięczny za to. Bo, moim zdaniem, w tej historii jest wiele niejasności i nie wszystko jest takie proste, jak wynika z meldunku posterunku MO w Międzyzdrojach, że to tylko zwykły wypadek nad morzem, które pochłonęło następną ofiarę - i Kaczanowski powtórzył szefowi rozmowę z mecenasem Mieczysławem Ruszyńskim oraz wiadomości przywiezione ze Szczecina.

Pułkownik zastanowił się.

- Rzeczywiście - przyznał po chwili. - Masz zgryza. Wszystkie poszlaki, którymi dysponujesz, wprawdzie podważają prawdziwość nieszczęśliwego wypadku w Międzyzdrojach, ale nie odpowiadają na główne pytanie: komu i w jakim celu potrzebny był dowód Niemirowskiej? I to tak bardzo potrzebny, że nie cofnięto się przed dokonaniem zbrodni.

- Tak - przytaknął Janusz. - Ta poszlaka jest moją najsilniejszą bronią, a jednocześnie najbardziej bodaj absurdalną. Toteż jeżeli na plaży w Międzyzdrojach naprawdę popełniono zbrodnię, na pewno nie chodziło o ten nieszczęsny dowód. Zginął, bo morderca sądził, że może on stanowić dokument obciążający zabójcę.

- Ale w jaki sposób? Przecież dane personalne Krystyny Niemirowskiej możemy bez najmniejszego trudu otrzymać w Biurze Dowodów Osobistych. Odtworzenie tej zielonej książeczki zgodnie z oryginałem nie stanowi najmniejszego problemu. O tym każdy wie. Po co więc połaszczono się na ten dowód osobisty?

- Dane personalne Krystyny Niemirowskiej zebrałem jeszcze przed wyjazdem do Szczecina. Nie ma tam żadnych tajemnic czy też niejasności. Urodzona pod Myszyńcem w jednej z kurpiowskich wiosek. Ojciec miał dość spore gospodarstwo rolne. Ale w myszynieckim ziemia licha. Piaski, kwaśne łąki i brzozowe laski. Pomimo to w pewnym okresie starego Piotra Klamę uważano za „kułaka”, co zmarnowało całą gospodarkę. Krystyna Klamówna ma dwóch braci. Starszy nie wrócił po wojnie do kraju. Osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, gdzieś w Kalifornii. Nie powodzi mu się zbyt dobrze. Jest robotnikiem w warsztacie samochodowym. Drugi brat, Czesław Klama, skończył szkołę przysposobienia rolniczego, przejął po ojcu ziemię i nastawiając się na wypas młodego bydła rzeźnego, postawił gospodarstwo na nogi.

Obecnie uchodzi za przodującego rolnika w całym powiecie. Nazywają go „kowbojem”, bo na wiosnę skupuje cielaki i wypasa je do późnej jesieni na swoich łąkach. Tego bydła pilnuje wraz z dwoma synami, najczęściej na koniach. Stąd to przezwisko. Czesław Klama jest zamożny. Wybudował nowy dom, a właściwie nowoczesną willę kompletnie skanalizowaną. Ma samochód osobowy i ciężarówkę, przystosowaną do transportu zwierząt. Kiedy umarła w Siedlcach jego ciotka, zrzekł się spadku na rzecz pozostałego rodzeństwa. To chyba najlepiej świadczy o jego zamożności, i o tym, że nie był zainteresowany materialnie śmiercią siostry. Zresztą, sprawdziłem i to, ma niepodważalne alibi na dzień dwudziestego ósmego sierpnia, datę rzekomego utonięcia Krystyny. - A Niemirowska?

- Dziewczynę po ukończeniu miejscowej szkoły pod - - stawowej zabrała do Siedlec jej ciotka. Wdowa po rzeźniku, zajmująca się krawiectwem. Chciała przyuczyć siostrzenicę do tego fachu. W Siedlcach Klamówna skończyła liceum handlowe, lecz ani nie chciała wracać do rodzinnej wioski, ani zarabiać igłą na swoje utrzymanie. Została ekspedientką w sklepie spożywczym w pobliskim Sokołowie. Tam też zachowała się bohatersko podczas napadu na sklep i przyczyniła się do ujęcia bandytów oraz do zlikwidowania całej bandy „Starego Macieja”. Otrzymała od ministra handlu wewnętrznego wysoką nagrodę pieniężną, a od milicji dyplom i specjalne podziękowanie. A także masę pogróżek od rodzin ujętych przestępców. Wywierano na nią presję, aby w sądzie zeznawała jak najkorzystniej dla oskarżonych. Klamówna nie dała się jednak sterroryzować, ale po procesie i wyroku skazującym bandytów wolała opuścić Sokołów Podlaski.

- Ile miała lat?

- Wtedy, podczas napadu, zaledwie dwadzieścia dwa. Obecnie zaś trzydzieści trzy. Byłem nawet tym zaskoczony, bo wyglądała znacznie młodziej. Widocznie sprawiła to opalenizna i te piękne jasne włosy. Nie dziwię się jednak, że młoda dziewczyna po tych przeżyciach w małym mieście pragnęła całkowicie zmienić otoczenie i wynieść się możliwie najdalej od Sokołowa. Wylądowała aż we Wrocławiu, gdzie parę lat pracowała w Politechnice Wrocławskiej. No... Nie jako naukowiec, lecz była urzędniczką w Rektoracie. Tam poznała inżyniera Stanisława Niemirowskiego i wyszła za niego za mąż. Młode małżeństwo osiedliło się początkowo w Elblągu, gdzie oboje pracowali. On w fabryce turbin, ona w Miejskiej Radzie Narodowej. Potem przenoszą się do Gdańska. On awansuje i widzimy go na poważnym stanowisku w Stoczni Gdańskiej, Ona jest ciągle maszynistką, tym razem w jakiejś spółdzielni. Wreszcie kolejny awans Niemirowskiego. Teraz przenoszą się do Warszawy. On zostaje dyrektorem w zakładach elektrotechnicznych. W stolicy pani Krystyna nie podejmuje pracy zawodowej. Może uznała, że „dyrektorowej” nie wypada stukać na maszynie? Postanawia wyzyskać to, czego się nauczyła za młodu w rodzinnej wiosce. Jest chałupniczką Cepelii, której dostarcza pisanki i wycinanki kurpiowskie. Jak się przekonałem, to artystyczne zajęcie przynosiło jej znacznie większe dochody, niżby mogła je wyciągnąć z maszyny do pisania.

- Nie miała jakichś zatargów z prawem? - zauważył pułkownik. - Od czasów bohaterskich wyczynów w Sokołowie mogło się przecież dużo zmienić.

- Zasadniczo nie miała. Wprawdzie jej konto obciążonę jest grzywną dziesięciu tysięcy złotych, nałożoną w postępowaniu karno-administracyjnym, ale grzywnę tę później umorzono z tytułu amnestii.

- Co przeskrobała? Pewnie jakiś przemyt?

- Zgadłeś. Było to jeszcze przed liberalizacją przepisów o turystyce zagranicznej. Jechała na Węgry czy też do Rumunii i usiłowała „zahandlować”. Na granicy celnik stwierdził, że nie wszystko, co wywozi, jest zgodne z deklaracją celną. Nie badałem dokładnie tej sprawy, bo zbyt błaha, żeby po tylu latach grzebać w archiwach. Pewnie chodziło o prześcieradła lub ręczniki masowo wówczas wywożone do Budapesztu. Po tym incydencie Niemirowska juz nigdy nie wyjeżdżała z kraju.

- Chyba zabrano jej wtedy wkładkę paszportową?

- Jeszcze wówczas nie było stałych wkładek, ale jako karana za przemyt nie otrzymałaby prawa wyjazdu co najmniej przez trzy lata. Potem, kiedy Ministerstwo Finansów złagodziło przepisy dewizowe, tamte stare zastrzeżenia straciły swoją moc, jednakże Niemirowskiej widocznie raz na zawsze przeszłą ochota na turystykę zagraniczną. Jak ustaliłem, nawet nie stemplowała swojego dowodu osobistego, co by jej pozwoliło na wyjazdy do Niemieckiej Republiki Demokratycznej i za zwykłą przepustką za JO złotych do Czechosłowacji w strefie przygranicznej.

- A mąż? Jak tam z jego alibi?

- Sam wiesz, że kiedy zostaje popełniona taka zbrodnia, zawsze jednym z podejrzanych może być mąż. Wprawdzie ten rodzaj pozbycia się żony dzisiaj jest już trochę przestarzały, niemniej nie można wykluczyć i takiej ewentualności. Dlatego sprawdziłem i jego alibi. Dyrektor Niemirowski rozmawiał telefonicznie z żoną wieczorem w przeddzień wypadku. Telefon zamawiała żona. Podobno była bardzo zazdrosna, może więc chciała upewnić się, czy małżonek spędza czas we własnym mieszkaniu. W tragicznym dla Krystyny dniu Stanisław Niemirowski miał całodzienną naradę w ministerstwie. Trudno o lepszy dowód niewinności. Zresztą dyskretny wywiad nie potwierdził, żeby ten człowiek miał jakieś „boczki”. Zazdrość Niemirowskiej była raczej nieuzasadniona.

- Reasumując? - pułkownik Niemiroch spojrzał na zegarek. Narada z podwładnym przeciągała się. Naczelnik wydziału nie może się zajmować tylko jedną, bardzo hipotetyczną sprawą.

- Rozporządzam następującymi danymi - odpowiedział major:

1) Zaginął dowód osobisty Krystyny Niemirowskiej.

2) Pomimo bardzo dokładnych poszukiwań nie” znaleziono ciała.

3) Niemirowska” była doskonałą pływaczką. Uczestniczyła w zawodach pływackich i przepowiadano jej dużą przyszłość w tej dziedzinie sportu. Fakt, że; się utopiła, jest co najmniej dziwny.

4) Ta kobieta otrzymała ostatnio list z Sokołowa. List, który mimo niewinnej treści, pisany był tak, aby ukryć charakter pisma nadawcy. List ten mógł być odczytany jako zawoalowana groźba zemsty dawnych bandytów „Starego Macieja”.

5) Udając się na plażę, Krystyna Niemirowska wprowadziła w błąd jednego ze swoich wielbicieli, twierdząc, że idzie na zakupy. To by świadczyło, że pod pozorem kąpieli ma jakieś umówione spotkanie na plaży i chce pozbyć się świadków.

6) Kobieta ta, jak oświadczył adwokat Ruszyński, była bardzo zazdrosna o swojego męża.

7) Otrzymała lub była w przededniu załatwienia ostatecznych formalności spadkowych. Spadek wynosił 300 tysięcy złotych, z czego Krystynie Niemirowskiej przypadała połowa.

Pułkownik machnął ręką.

- Drogi Januszku, sam wiesz, jak cię cenię i lubię. Z krzywdą dla innych oficerów tobie oddaję wszystkie najpoważniejsze i najtrudniejsze dochodzenia, żebyś się mógł wykazać. Nie raz i nie dwa zwracano mi uwagę na to dziwne uprzywilejowanie majora Kaczanowskiego Przez przyjaźń dla ciebie ciągle się narażam...

- Co za człowiek! - przerwał Janusz. - Ja cię chyba kiedyś zamorduję i każdy sąd mnie uniewinni. Zawsze mnie wrabiasz w jakąś paskudną sprawę, której nikt dobrowolnie nie chce się podjąć, i śmiesz jeszcze deklamować o przyjaźni. To już szczyt!

- Tym razem jednak - Niemiroch nie zwrócił uwagi na słowa przyjaciela - as naszej służby dochodzeniowej wyraźnie przesadził. Ze wszystkich dowodów, jakie przytoczyłeś przed chwilą, jedynie ta pocztówka może mieć jakieś znaczenie. Reszta to ciepła woda. Na tej podstawie prokurator nie podejmie śledztwa, a ja, chociaż tak cię poważam, nie podpiszę decyzji o wznowieniu dochodzenia.

- Może każdy z tych moich dowodów pojedynczo jest nieważny, ale w sumie wskazują, że ze zgonem Niemirowskiej sprawa nie jest zupełnie jasna.

- Mój Boże, nie powiedziała, że idzie się kąpać! Bo po prostu miała dosyć ciągłego narzucania się tego łyska. Zwłok nie znaleziono? Corocznie w Polsce topi się prze-

69szło tysiąc osób. Wiele z nich obywa się bez „chrześcijańskiego pogrzebu”. Dowód osobisty mógł się gdzieś zapodziać albo Niemirowska zgubiła go jeszcze przedtem, choćby w grajdołku na plaży. Mógł go nawet buchnąć i schować dla żartu ten jej łysy adorator, a później, już po tragedii, bał się do tego przyznać.

- Więc co, mam wszystko rzucić? - major z lekka się zirytował naganą zwierzchnika. Naganą, musiał to w duchu przyznać, najzupełniej słuszną.

- Gdybym ci nawet kazał, sądzę, że tego byś nie zrobił i w tajemnicy przede mną popychałbyś sprawę. Wiem przecież, jak krnąbrnych i nieposłusznych mam podwładnych. A niestety major Kaczanowski zajmuje wśród nich pierwsze miejsce. Z drugiej strony, jeżeli tak patentowany leń z dobrej woli bierze się za robotę, nie mam serca zniechęcać go do niej. Dochodzenia nie wznowię, ale pozwalam ci zajmować się tym wypadkiem. Trzeba pój§ć tropem ludzi z bandy „Starego Macieja”. Musisz się także więcej wywiedzieć o Krystynie Niemirowskiej, o jej mężu i ich otoczeniu. Sądzę, że w tym mecenas Ruszyński okaże się nieocenionym informatorem. Ten człowiek naprawdę zna masę ludzi.

- Szczególnie młode dziwy i takich samych jak on playboyów.

- Nie tylko, nie tylko. Przypomnij sobie, jakie nie ocenione usługi oddał nam choćby w sprawie testamentu tego fabrykanta dewocjonalii lub zaginionego chłopczyka.

- Tę sprawę małego Januszka jednak ja rozwiązałem - zaprotestował Kaczanowski.

- Bardzo dobrze, że tak się wszystko skończyło. Byłoby dla nas naprawdę dużą kompromitacją, aby nasze do chodzenia rozwiązywali adwokaci, a nie oficerowie MO. Niemniej w obu tych przypadkach zasługi Ruszyńskiego są poważne. Nie można o tym zapominać.

- Wiem, wiem, że ten pieszczoch Warszawki jest twoim ulubieńcem. Dobrze, zobaczę się z nim. Choćby jutro. „Starego Macieja” mam na uwadze. Zwróciłem się do Komendy Wojewódzkiej MO o wyciągnięcie z archiwum tych akt. Będę je miał lada dzień. Porozmawiam także z mężem. Miałem od początku ten zamiar, ale chciałem przedtem zebrać więcej materiałów. Zarówno o nim, jak i o zmarłej.

- Ciszę się, że mamy jednakowe zdanie - pułkownik ponownie zerknął na zegarek.

Kaczanowski słusznie uznał to za koniec „audiencji” i opuścił gabinet „starego”. A po powrocie do swojego pokoju zatelefonował do mecenasa Ruszyńskiego. Miał szczęście, bo zastał go w pokoju adwokackim w Sądzie Wojewódzkim i zapowiedział swoje odwiedziny dzisiejszego popołudnia w zespole adwokackim.

Mecenas Ruszyński przyjmował w sto czwartym zespole adwokackim. Dostanie się do tak wybitnego prawnika nie było bynajmniej łatwe. Adwokata znano z tego, że przyjmował nie każdą sprawę i nie pomagały przemyślne wybiegi klientów, takie, jak na przykład wpłacenie grubszej zaliczki w kasie w czasie nieobecności mecenasa czy powoływanie się na polecenia znajomych. Ale mimo to, a może właśnie dzięki temu, w poczekalni zawsze było pełno. Miecio załatwiał klientów błyskawicznie i żeby tam pioruny strzelały, zawsze punktualnie o szóstej wieczorem opuszczał lokal zespołu.

Wiedząc o tych zwyczajach adwokata, major Kaczanowski zjawił się w kancelarii adwokackiej za kwadrans szósta. To była najlepsza pora, nie za długo czekać i nie pozwolić Ruszyńskiemu, aby zwiał oficerowi milicji przed samym nosem. Wprawdzie można by adwokata bez większego trudu znaleźć w którymś z pobliskich lokali, najczęściej w ulubionym „Szanghaju”, ale wtedy zazwyczaj mecenas nie był sam i mało chętny do odpowiadania na pytania milicji.

Totumfacki adwokata, stary woźny Franciszek, dobrze znał majora. Chciał też zameldować go prawnikowi poza kolejką. Jednakże Janusz sprzeciwił się temu. Wiedział, ile złej krwi wywołałby wśród czekających na choćby parominutową rozmowę ze sławnym jurystą. Wołał nie ryzykować awantury i jedynie poprosił:

- Pan Franciszek szepnie mecenasowi, że będę tu czekał na niego. Niech spokojnie przyjmie wszystkich klientów. Mam czas.

Ledwie jednak minęła szósta, w drzwiach prowadzących na korytarz, służący w sto czwartym zespole jako poczekalnia dla klientów, ukazał się adwokat z ręcznikiem w ręku. Z daleka kiwnął głową oficerowi milicji.

- Już służę majorowi, tylko się trochę oporządzę i zmyję brudy, które mi dzisiaj zniesiono z całej Warszawy. Za minutkę będę gotów.

- Pójdziemy do jakiejś knajpy - zaproponował Ruszyński po powrocie z łazienki. - W tym naszym lokalu można byłoby zorganizować inny, nie całkiem prywatny dom, ale porozmawiać z kimś w cztery oczy jest bardzo trudno.

Rzeczywiście, członkowie sto czwartego zespołu przyjmowali klientów w wielkiej sali podzielonej drewnianymi przepierzeniami na malutkie klitki. Podobno w Ameryce Południowej są takie lokale, nie służą one jednak adwokatom.

- Może wstąpimy do „Szanghaju”? - podsunął major znający zwyczaje Mięcia. - Dawno już tam nie byłem.

- Nie znoszę tej wstrętnej dziury.

- Świetny lokal - bronił Kaczanowski. - Wiem, że należał do pana ulubionych.

- To było dawno i nieprawda.

- Na dole bywają ładne dziewczyny. Przechodząc tędy niedawno zauważyłem tam ślicznego rudego kota. Może i dziś go spotkamy?

- Diabła tam! - adwokat nie dał się przekonać. - One wszystkie farbują się, na jakie chcą kolory, i dopiero w ostatnim momencie człowiek przekonuje się, że został oszukany. A obsługa tam teraz prawie całkowicie się zmieniła. Kucharz też. Dawniej sandacz „a la rouge” to był sandacz, dzisiaj nie można wziąć do ust.

Kaczanowski zorientował się, że Miecio niedawno poniósł w „Szanghaju” jakąś porażkę. Na pewno nie kucharz i nie kelner byli temu winni, a raczej szósty krzyżyk, który coraz bezczelniej właził adwokatowi na kark. Więc nie nalegał więcej, a zapytał:

- To dokąd pójdziemy?

- Chodźmy do „Habany”. Wcale przyzwoita knajpa i bez bab pętających się na parterze w poszukiwaniu fartu.

Kiedy obydwaj panowie, jak przystało na prawdziwych znawców, obejrzeli całe towarzystwo zebrane w restauracji, wybrali stolik i omówili z kelnerem szczegóły zamówienia, mecenas zagadnął:

- Nie przypuszczam, żeby major tak się za mną stęsknił i tylko chęć zobaczenia mojego pięknego oblicza była powodem dzisiejszej jego miłej wizyty. Czym mogę służyć? Czy nie chodzi o panią Krystynę Niemirowska?

- Nie będę przed panem ukrywał, że tak jest. Chodzi o nią.

- Co majora interesuje?

- Chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć o mężu zmarłej.

- Domyśliłem się i tego. Z tych względów przed paru dniami przeprowadziłem maleńki prywatny wywiad w tej sprawie. Jestem daleki od wchodzenia milicji w drogę, ale skoro wiem, że interesuje się pan śmiercią Niemirowskiej, postanowiłem zebrać, trochę informacji o jej mężu.

„Cholera - zaklął w duchu major - ten siwy playboy znowu wchodzi mi w paradę. Usiłuje się bawić w prowadzącego dochodzenie. Dam ja ci jeszcze po łapach”. Tak pomyślał, a powiedział z najmilszym uśmiechem, na jaki mógł się zdobyć:

- Podziwiam przenikliwość pana mecenasa. Do czegóż pan doszedł?

- Jeśli tak słynny oficer milicji rozpoczyna dochodzenie, poddając w wątpliwość naturalną śmierć czyjejś żony, to mąż powinien być jednym z podejrzanych. Zresztą mnie samego zaciekawiła postać Stanisława Niemirowskiego, choćby dlatego, że mam nie zakończone rachunki w sprawie spadkowej. A może kroi się i następna, o spadek po zmarłej Krystynie? A że niedawno coś załatwiałem jednemu z inżynierów fabryki, w której dyrektoruje pan Niemirowski, postanowiłem pociągnąć mojego klienta za język. O tym, że mąż zmarłej ma na ten tragiczny dzień niepodważalne alibi, major już wie?

„Prowadzi, drań, dochodzenie - upewnił się Kaczanowski. - Inaczej nie sprawdzałby alibi Niemirowskiego.”

- Mecenas jest wprost genialny - powiedział głośno. - Co byśmy zrobili bez pańskiej pomocy? Znamy to alibi, ale czego ciekawego dowiedział się pan jeszcze?

- Mój znajomy twierdzi, że Stanisław Niemirowski nie jest orłem, jeśli chodzi o fachowość. Ale przyznaje mu duży talent organizacyjny. Toteż dyrektor nie wtrąca się do szczegółów produkcji ani też nie ma ambicji racjonalizatorskich, natomiast znakomicie przyczynił się do zwiększenia produkcji, usunięcia najrozmaitszych trudności i powiększenia eksportu. Dzięki jego staraniom fabryka regularnie wykonuje plany i obecnie uchodzi za czołowy zakład w swojej dziedzinie. „Góra” dyrektora ceni, a z „dołami” nie ma większych zatargów, bo dzięki niemu ludzie lepiej zarabiają. Natomiast kadra inżynierska raczej go lekceważy, na co zresztą Niemirowski nie zwraca większej uwagi.

- A materialnie?

- Pensja dyrektorska i specjalne nagrody ministra to na pewno niemało. Prócz tego takie stanowisko daje możliwość dodatkowych, najzupełniej legalnych zarobków. Częste wyjazdy zagraniczne także są atrakcją, również pod względem finansowym. Żona zarabiała nie najgorzej. Małżonkowie dorobili się samochodu i domku jednorodzinnego na Okęciu.

- To wszystko z tej pensji dyrektorskiej?

- Nie wiem - przyznał Ruszyński. - Tak dalece się nie interesowałem ani nie wyliczałem ich budżetu. Ale pani Krystyna parę razy wspominała mi, że jej brat obejmując gospodarkę po ojcu coś siostrze odpalił ciepłą ręką.

- Stary Klama nie żyje?

- Żyją oboje. I ojciec, i matka Niemirowskiej. Ale to ludzie w podeszłym wieku i panującym na wsi zwyczajem są, jak to się mówi, „na wycugu”, czyli zastrzegli sobie dożywocie, a gospodarstwo przekazali synowi. To teraz zamożny człowiek i nie sprawiło mu większej trudności pomóc siostrze w budowie domku. Domy te budowała fabryka dla swoich pracowników i spółdzielców, taniej to kosztowało. A na samochód dyrektor otrzymał przydział, pożyczkę z zakładu pracy i odpowiedni „kilometraż”.

- Jednym słowem ten człowiek umiał się w życiu urządzić.

- To nie ulega kwestii. Tym bardziej więc nie wchodzi w rachubę jako ewentualny podejrzany.

- Mecenasie, ja w ogóle nie wiem, czy popełniono zbrodnię. Badam sprawę, szukam powodów, buduję różne hipotezy - oficer milicji podzielił się z prawnikiem rezultatami swojego wyjazdu do Szczecina.

- Rozumiem, rozumiem - przytaknął adwokat. - Z tego, co ja wiem, Niemirowscy nie prowadzili jakiegoś wielkiego życia towarzyskiego. Może temu przeszkadzała zazdrość pani Krystyny, która w każdej kobiecie widziała rywalkę do względów męża? Kiedyś, kiedy użalała mi się na ten temat, powiedziałem jej, że gdyby małżonek był rzeczywiście takim „dziwkarzem”, to przecież mógłby się bez większych przeszkód rozwieść z żoną lub odejść bez rozwodu, bo dzieci nie mieli i raczej już się na nie zanosiło. Ale moja klientka podkreśliła z naciskiem, że nie boi się rozwodu.

- To jasne. Drugiej tak pięknej i reprezentacyjnej żony dyrektor łatwo by nie znalazł.

- Sądzę, że raczej liczyła na swoją pozycję materialną. O ile wiem, ten domek jest zapisany na jej nazwisko, co oczywiście z punktu widzenia prawnego nie ma większego znaczenia, bo jest to przecież „majątek dorobkowy” obojga małżonków.

- No tak - przyznał Kaczanowski.

- Co ciekawsze, jak to twierdzi mój znajomy, Niemirowski wcale nie był takim psem na kobiety, jak to przedstawiała żona. W fabryce, gdzie personel żeński stanowi co najmniej trzy czwarte załogi i gdzie nie brakuje przystojnych dziewczyn, chętnych do nawiązania małego flirtu z wszechwładnym dyrektorem, nic się nie wspominało o jakichkolwiek miłostkach Niemirowskiego. Chociaż z zasady nie przesiaduję w lokalach, to kilkakrotnie udało mi się spotkać męża pani Krystyny, ale nigdy w jakimś czułym „a deux”.

- Może tak zręcznie się maskował?

- Jeśli umiał się maskować przed osobami postronnymi, to tym bardzi